Przygoda z Naturą

DZIKI MIETEK Z ARIZONY

 Urodził się na „Powiślu” 
  01-Peru - okolice Iquitos Właściwie chyba los, a może to w gwiazdach było mi pisane, czy raczej kolejny zwykly przypadek jakich tysiące pojawia się koło mnie w tym już bardzo pędzącym na oślep ku zagładzie świata, sprawił, że poznałem człowieka, który zatrzymał swój czas w tym pędzie do nikąd. Zaczął dostrzegać coś co jest wokół każdego nas w zasięgu wyciągniętej ręki. I on skorzystał z tej szansy. Dostrzegł, że jest wokół nas coś, co nas nie tylko karmi, coś co swą straszliwie niszczycielską siłą zmiata na drodze wszystko będące w jej zasięgu, ale także coś, co nas skutecznie leczy. NATURA- najlepszy lekarz świata mający całą naturalną aptekę i metody leczenia do swojej dyspozycji przez siebie wytworzone. Ma w sobie antidotum na wszystkie choroby gnębiące nas bezustannie pod wszystkimi szerokościami na kuli ziemskiej. Ale chcąc korzystać z „kliniki natury”, trzeba ją dobrze, bardzo dobrze poznać. I on to swoją cierpliwością, zapałem i mrówczą pracą dokonuje. Natura odwdzięczyła się, odsłaniając przed nim wiele swoich tajemnic, pozwalając mu na leczenie ludzi metodami, które dla normalnego człowieka są trudne do wyjaśnienia.
   MIECZYSŁAW SOBCZAK-poznaje „Naturę” w stopniu pozwalającym mu na w miarę skutecznie korzystania z jej właściwości leczniczych. I ciągle ją jeszcze poznaje. Urodził się zaraz po wojnie „Na Powiślu” - jak sam mi powiedział- w małym miasteczku nad Wisłą pomiędzy Warszawą i Płockiem i chyba już wtedy zaszczepiony mu został gen „natura”, o czym wtedy nie mógł jeszcze wiedzieć. Drugim genem który towarzyszy mu całe życie to „upartość”, za którym kryje się niezachamowana niczym ciekawość poznawania ciągle coś nowego. „Nie lubię jechać na wstecznym biegu, muszę jechać ciągle do przodu” – powiedział mi podczas którejś z wielu, bardzo wielu wieczornych i nocnych rozmówów telefonicznych. Przez pięć pierwszych lat mieszka nad Wisłą wśród jeszcze niezniszczonej przyrody. „Wychowałem się na łachach wiślanych” – tak określił swoje bardzo wczesne dzieciństwo. Piecioletniego Mietka, rodzice zabrali z sobą do Rzepina, na zachód Polski (tzw. ziemie odzyskane), gdzie częściej nieraz można było spotkać dzikie zwierzęta aniżeli człowieka, gdyż mieszkają na skraju Puszczy Rzepińskiej.
    Od młodości zauroczony dzikimi zwierzętami i naturą, dlatego pasąc jako 6-cio letni chłopiec świnie, „zaprzyjaźnia” się z dziką świnią która pozwala mu jeździć na jej grzbiecie. Za lejce służyły mu sznurki przywiązane do szabel dzika. Przyjaźń ta zakończyła się aferą, kiedy sprzedane małe plamiaste świnki przez jego rodziców, okolicznym chłopom, były niepodobne całkiem ani do świni ani do dzika. Rosły tylko w ryje jadły za dziesięciu i strasznie kwiczały. Zwierzeta mnie lubią, podkreśla to wielokrotnie. Do dnia dzisiejszego, kruki i wrony podchodzą mi prawie do ręki.
   Mieszkaliśmy na Nowym Młynie w starej fabryce, gdzie obok był szpital i kostnica. Walały się tam ludzkie kości i czaszki często się z „nimi” bawiłem na niby rozmawiając. Niewiele z tego pamiętam ale rodzice jak byłem starszy to mi to opowiadali.Czesto też mnie znajdowali w pobliskim lesie koło rozbitego samolotu czy popalonych czołgów i samochodów.
   W Rzepinie los zetnął go z syberyjskim „szamanem”, (mówiący trochę dziwnym językiem aniżeli normalni ludzie), który wiele lat spędził na Syberii, i mieszkał tam także parę lat wśród zwierząt. Dzikie zwierzęta nie bały się go i bardzo wykonywały jego polecenia. Dlatego zaangażowano go do cyrku, jako tresera. Nie miał żadnych problemów z nimi. Kiedy pewnego razu pociąg z taborem cyrkowym przejeżdżł przez tereny lasów syberyjskich, uciekł w tajgę razem ze swoimi niedźwiedziami. Odnaleziony, został zamknięty na Łubiance (ciężkie więzienie w Moskwie w czasach stalinowskich), skąd po pewnym czasie uciekł razem z 20-toma współwięźniami. „Władza radziecka” w końcu odesłała go pierwszym transportem repatriacyjnym do Polski.
  Pan ten przez 11 lat wywierał wielki wpływ na dorastającego Mietka, ucznia Technikum Leśnego w Rzepinie. Wybór zawodu był niejako kontynuacją tradycji rodzinnej, gdyż jego dziadek i ojciec byli także gajowymi. Babcia była wiejską zielarką i znachorką. Po technikum zdecydował się na kontynuacji nauki na Pomaturalnym Studium Technicznym – specjalność: elektrotechnika, które ukończył po dwóch04-Wodospad latach. Po trzecim semestrze studiów na kierunku elektrotechnicznym, usunięty zostaje z uczelni (WSI) gdyż uparł się, że dalej nie będzie się uczył. Podejmuje pracę w różnych firmach o profilu energetycznym. Zdobył najwyższe wymagane prawem uprawnienia energetyczne.
   W 1975 roku kolejne losowe wyzwanie wyznacza mu Chiny jako następną życiową przygodę. Upiera się, że można dojechać tam pociagiem. I po paru tygodniach wraz z kolegą, Józkiem Sokołowskim, mając $100 w kieszeni docierają do wyznaczonego celu.
   Pracował na budowach zagranicznych w Libii, Iraku i Iranie. Wszędzie tam, gdzie zakładano w ramach kontraktów zagranicznych, linie energetyczne. W tym czasie wiele podróżuje po Europie. Pewnego dnia stwierdza, że Polska jest za mała a Europa zbyt „uczesana”. Osiągnął w karierze zawodowej założony pułap a ponadto znudziły go układ05-Wspinaczka na szczyt Machu Picchuy, układziki ówczesnego systemu. Chce zrealizować marzenia lat dziecięcych- wielkie nieznane kraje i podróże.Wie, że musi zrobić następny krok – oczywiście do przodu.    W 1981 roku wyjeżdża sam do Austrii, gdzie przebywał cztery miesiące. Następnie wyjeżdża do USA na kontrakt (po którym ma szanse na otrzymanie stałego pobytu), osiedlając się i podejmując pracę na farmie, początkowo w San Louis w stanie Missouri.a następnie w małym miasteczku - Henley koło Jeferson City w w tym samym stanie. Pracuje tam na 2000 akrowej farmie wykonując wszystkie prace polowe i hodowlane. Nauczył się też obsługiwania wszelkich maszyn i ciągników używanych na farmie.Po powrocie do San Louis wybiera się w pełną przygód podróż na Dziki Zachód. Tam, po pomyleniu kierunków ląduje w Meksyku i droga powrotna kończy się pobytem w obozie razem z Meksykanami. Ale nie ma tego złego ..... bo to owocuje tymczasową „zieloną kartą”.
   W drodze powrotnej do Missouri z Meksyku, psuje mu się samochód na terenie rezer06-Dziki Mietekwatu w okolicy Rough Rock, na południe od Kayenta - Arizona i ......spędza parę tygodni wśród Indian z plemienia Navajo. Zaowocowało to potem chęcią powrotu w te strony. W 1982 roku zwiedza Alaskę, która robi na nim duże wrażenie z powodu swej dzikiej jeszcze przyrody nie skażonej działalnością człowieka. Wkrótce objeżdża całą Amerykę Północną i część Kanady.
   W drodze powrotnej „zahacza” o czarne wzgórza (Black Hills w South Dakota), aby odwiedzić następnego „zwariowanego” Polaka, czyli Korczaka Ziółkowskiego (zmarł w październiku 1982), asystenta Gutzona Borgluma twórcy rzeźby głów czterech prezydentów (G. Washingtona, T. Jeffersona, T. Roosevelta i A. Lincolna), wykutych w skale.  W Black Hill Mountain Korczak realizuje już samodzielnie pomnik legendarnego Indianina na koniu. („Crazy Horse”-Szalony Koń). Po całonocnej pogawędce z nim pod gwiazdami, przepowiada mu, że skoro był u Indian dłużej jak tydzień to napewno tam powróci.
   Żona wraz z dziećmi dojeżdża do Chicago z Polski na początku 1985 r. Latem tego samego roku jadą na wycieczkę do zachodniej Ameryki, która tak im się spodobała iż są zdecydowani osiedlić się w przyszłości w Arizonie. Po roku przenoszą się do południowej Arizony, gdzie kupuje ziemię aby na niej gospodarzyć. Potem wynajmują „Lonley Wolf Trading Post”, niedaleko skrzyżowania H-wy 64 i 180. Wkrótce jednak rezygnuje i przenosi się do „Canyon Tradi07-Na rzece - Dziki Mietekng Post”, małego zrujnowanego sklepu koło Williams w Arizonie przy tej samej drodze 64. Remontuje i rozbudowuje go przy wydatnej pomocy rodziny - mieszka w nim do dzisiaj. Jak sam określa, sklep jest otwarty non- stop, (dark to dark). Jest ojcem dwóch synów-Simon i Paul. Jego pasją jest obróbka kamieni, które pod jego ręką przeistaczają się w przepiękne wyroby pamiątkarskie. Dużo czasu spędza z Indianami z plemienia Navaho, poznając dobrze ich kulturę, wierzenia i obyczaje.
   Ale wtedy „Dziki Mietek” nie wiedział jeszcze, że czeka go kolejna pasja i życiowa przygoda z naturą. Pełną niespodzianek, tajemnic, cudownych wschodów i zachodów słońca, niedostępnych puszcz, i wysokich gór, mórz i oceanów, ale i najeżoną pułapkami dla tych którzy nie poznali jej dobrze.
   W 1991 roku następuje kolejny przełomowy moment w jego życiu. Po raz pierwszy wyjeżdża do Południowej Ameryki z Piotrem, bratem żony. Podróż „Vanem” przez Meksyk i Amerykę Środkową zajmuje im prawie 4 miesiące. Zafascynowała go południowo-amerykańska przyroda, a szczególnie p08-Mieszkancy jednej z wiosek w Perueruwiańska, gdzie skromny salezjanin, Ojciec Edmund Szeliga przywrócił dla dobra ludzkości wiarę i wiedzę skutecznego leczenia „lekarstwami natury”. Albowiem od czasów podboju tego kontynentu przez Hiszpanów –zapomniano prawie leczenie ziołami i preparatami z peruwiańskich dżungli, a szczególnie leczącą raka „Vilcacorę” (Una De Gato-Koci - Pazur), budzacą do dziś ogromne emocje na całym świecie. Tylko dzieki plemionom indiańskim żyjącym w niedostępnych terenach amazońskiej dżungli, wiedza ta przetrwała do dzisiaj. To właśnie wtedy w Peru, poznaje Jurka Zakrzewskiego – który przedstawił go Ojcu Edmundowi Szelidze, a który podświadomie wywarł wielki wpływ na jego zainteresowanie się ziołami peruwiańskimi i ich zastosowaniem.
   Wiele zawdzięcza też takim osobom jak: nieżyjącemu już Jurkowi Zakrzewskiemu, czy Markowi Lubińskiemu, Ojcu Piotrowi i innym Polakom. A z miejscowych: Oscarovi Manayama, Kice, Thomasowi, Ormeno, dr. Cabreri z Ica , prof. dr. Guillermo Osorio i dr. Romel Moreno Trejo–majorowi powiatu i miasta Satipo. To oni pokazali mu Peru i Boliwię nie zawsze od turys09-Dziki Mietek i Lamatycznej czy też tej nalepszej strony - „bo każdy region ma swoje blaski  którymi się szczyci a cienie skrywa” -dodaje Mietek.
   Wraca do krajów latynowskich wielokrotnie, pogłębiając swą wiedzę w tym kierunku. Uczył się u szamanów i „Curanderos” przemierzając uparcie bezkresy „Selvy” i Wysokich Andów kontynentu południowo-amerykańskiego. Przemierza okolice Iquitos, Pucalpa, Atalaya, Satipo, Monobamba, Izcozacin, Pazuzo, Pasco, Cuscoi Huancayo a w Boliwi - Santa Cruz i Cocha Cabana. I wiele, wiele innych. Powoli ziołolecznictwo staje się jego pasją, która pochłania go prawie całkowicie, (bo jest jeszcze w sferze jego zinteresowania także, fotografia, filmowanie miejsce gdzie był, komputery, samochody i podróże) szczególnie kiedy z ciężkiego przypadku malarii - medycyna akademicka nie posiada na nią lekarstwa, wyleczył go szaman z okolic Iquito.
   Od 1993 roku, uczęszcza na kursy poznawania ziół i leczenia nimi, w Peru, Boliwi i Columbi. Coraz bardziej poznaje metody naturalnego leczenia lud10-Mietek Sobczak i zwierzatkozi. Ogromna wiedza do opanowania, bo leczenie naturalne to nie tylko leczenie najbardziej znanym sposobem – ziołami (fitoterapia), ale także leczenia światłem, wodą, słońcem i nieskażonym środowiskiem naturalnym. Zdaje końcowy egzamin z ziołolecznictwa w Kolumbii w języku angielskim. Posługuje się także hiszpańskim, ale nie na tyle dobrze („raczej słabo”-tak siebie ocenia) aby zdać egzamin w tym jezyku. A warunkiem jego zdania to znajomość minimum pięćset ziół z ogólnej liczby około trzech tysięcy. Od pierwszego pobytu na kontynencie południowo-amerykańskim, był tam już ponad 20 razy – przeważnie w Peru (kolejny wyjazd w marcu 2005 razem z Synem Szymonem -przyp. autora), gdzie ma parę działek w Atalay, Satipo, La Marced. Jest członkiem plemienia Ashainka – Cento Marancari oraz Baha Chiranji. Od „Curanderos” tych plemion, nauczył się bardzo wiele. To oni nauczyli go jak żyć, jak zrozumieć i jak się w peruw11-Dziki Mietek i Anakonda-Peruiańskiej „Selvie” czy też amazońskiej dżungli zachować aby móc żyć. To oni nauczyli go jak chwytać w rękę jadowite węże i rozpoznawać śmiercionośne owady. Nauczyli go dobrze „zasad przetrwania w dżungli” a przede wszystkim praktycznego leczenia ziołami i innymi naturalnymi żródłami.
    „A czy nie boisz sie przebywać w dżungli gdzie niejednokrotnie można nie wyjść z niej żywym?-zadałem mojemu rozmówcy kolejne pytanie.
    „Nie, bo wiesz, ja czyję się cząstka natury i dlatego łatwiej  jest mi się znaleźć w różnych sytuacjach niekiedy wygladajacych groźnie,” – mówi mi „Dziki Mietek” podczas jednej z kolejnych rozmów-„Nie czuję odrobiny lęku kiedy kąpię się w wodzie gdzie pływają piranie”, w przeciwnym razie by mnie zjadły w przeciągu kilkudziesięciu sekund”. (Umówiliśmy się, że ja raczej „nie skorzystam” z zaproszenia do kąpieli z tymi rybkami).
   Nie mogę sobie odmówić zadania mojemu gościowi jeszcze jednego pytania.
  Dlaczego nazywany jesteś „Dzikim Mietkiem”?12-Dziki Mietek i maly krokodyl - Peru
 „Powiem Ci krótko. Nazwał mnie tak pewien szeryf parę lat temu, kiedy „postrzelaliśmy” do siebie nawzajem. Po tym wydarzeniu pozostało parę dziur po kulach w oknie i drzwiach”.
 „No, ale przecież mógł Cię zastrzelić”?
 „Albo ja jego” - replikuje mój rozmóca. „Ale jak widzisz dziś rozmawiam z Tobą „!!
    W przyszłości chce się osiedlić w dystrykcie - Selva Central, gdzie na terenie zamieszkania Indian Cento Marancari oraz Baha Chiranji ze szczepu Ashaninka, ma dwa domy będące w budowie. A na razie stara się poznać „od podszewki” tradycje, obyczaje i opinie ludzi tam mieszkających. Zdaje sobie sprawę, że nie będzie to takie proste i łatwe choć to tyko kwestia czasu i ......jego upartego charakteru.
 
  Opracował: Józef Kołodziej
  Foto: Mieczysław Sobczak
  Marzec 2005 2015

Przedruk z magazynu "Zew Natury" - za zgodą redakcji.

OSTATNIE ARTYKUŁY:

  Jak w Polskim Dworku
  Dusza Artysty- A.Pityński-1
  The AutumMan-A. Slugocki
  Dusza w Brązie- A.Pityński-2
  Ewa Chylak-Wińska
  Piękno Zastygłe w Czasie
  Dziki Mietek z Arizony