Przygoda z Naturą

POLINEZJA FRANCUSKA...PRZEMIJAJĄCY RAJ

Równomierna praca silników, ze zwariowaną prędkością napędzająca śmigła, wcale mnie nie uspokaja. Wręcz przeciwnie bo narastający lęk nie opuszcza mnie ani na minutę tego krótkiego bo zaledwie 40 minutowego lotu. Za małym okienkiem samolotu Air TahitiNui, lecącego z Papeete (stolica Haiti) do Raiatea (jedna z wysp Polinezji Francuskiej) niezgłębiona ciemność osnuta w gęstą warstwę chmur, chłostanych tropikalnym deszczem nieustannie nasuwa pytanie o bezpieczne lądowanie. Staram się je odsunąć od siebie - przywołując w myślach wcześniejsze wydarzenia tej podróży do Francuskiej Polinezji - choćby na chwilę, do momentu lądowania!! Ale lęk nieustannie wciska się między myślami jak natrętna mucha, której nie łatwo jest się pozbyć.
  Powoli godzę się z tym, że mój los jak i wszystkich pasażerów zależy od Opatrzności, pilota i .....Matki Natury.   Paręnaście miesięcy wcześniej...
 - „Dzień dobry Ela”! – mówię do naszej przyjaciółki Elżbiety Palczewskiej późną wiosną 2014 roku.
   "Mam dla ciebie propozycję niezwykle atrakcyjnej wycieczki".
  - „Mogę wiedzieć dokąd?” – pyta Ela.
 - „Na Polinezję Francuską” – mówię z lekkim wahaniem i dodaję szybko – „zwiedzanie paru wysepek, które jak wiem są bajkowo piękne”.
  - „A w jakim hotelu będziemy mieszkali - i na jakiej wyspie?" – słyszę wahający się  głos Eli w słuchawce.
  - „No, właściwie to nie w hotelu i nie wyspie”, odpowiadam lekko jąkając się, bo to - gdzie i jak - najtrudniej jest mi jej powiedzieć znając respekt Eli do wody.
  -„A gdzie?" – pyta zaciekawiona
  - „Na katamaranie, 13 dniowy rejs po pięciu wysepkach” – wyrzucam z siebie bardzo szybko te kilka słów.
  - „No chyba nie mówisz tego poważnie. Przecież znasz moją awersję do pływania po jeziorach, a tym bardziej po oceanach” – replikuje Ela.
  - „Tak, wiem oczywiście, ale ocean o tej porze (wrzesień) roku, jest bardzo spokojny, a największy przelot między wyspami to zaledwie 55 km i to między wyspami które ciągle są w zasięgu wzroku” – próbuję ją uspokoić
  - „Chyba się  jednak nie dam namówić, bo wokoło jednak za dużo wody” – odpowiada niepewnie.
  - „Elu, ale będziemy dwa razy na Bora-Bora!” – dodaję podchwytliwie, znając jej długoletnie marzenie odwiedzenia tej wyspy.
  - „Potraktuj to, jako wycieczkę życia” dodaję. „Bo za taką sumę i tak daleko, może już nie będzie nam dane nigdy pojechać” – wysuwam kolejny argument.
  - „A jak zapatruje się na to Ewa?" – (żona autora, zwana Żabcią) – zapytała Ela
  - „Jest skłonna pojechać, choć nie za bardzo jej odpowiada taka długa podróż. Ale perspektywa pławienia się w kryształowo ciepłej wodzie, która zawsze jest jej marzeniem - (tak ją zapewniałem i miałem nadzieję, że tak będzie) przełamuje jej wszystkie wahania” – odpowiadam.
  - „Daj mi kilka dni do namysłu, porozmawiam z Wojtkiem (jej mąż) i przemyślimy tę propozycję, którą mnie bardzo zaskoczyłeś”- mówi na pożegnanie.
  - „ Dobrze, masz do namysłu całe dwa tygodnie” – odpowiadam i mam nadzieję, że odpowiedź będzie pozytywna, na co (mam nadzieję) duży wpływ będzie miała Bora-Bora!!
   Czas Decyzji...   
   Decyzja Eli, pozytywna – „wykluła się” dopiero po 4 tygodniach w ciągu których zapewniałem ją (ryzykując naszą przyjaźnią), że woda na pewno (?) będzie gładka jak stół a w dodatku ciepła - w przypadku gdyby chciała zamoczyć, chociaż stopy. A ponadto zasięgnąłem opini wśród moich kolegów żeglarzy – o kapitanie katamarana (Jacek Reszke), bardzo pozytywnej, co na pewno miało duży wpływ na decyzję Eli.
   Ale chyba to, co miało decydujący wpływ na jej decyzję to zdjęcia Bora-Bora - jednej z pięciu wysp, którą będziemy zwiedzać, które jej pokazałem na stronie reklamującej nasz rejs! Zdjęcia, które mogły skruszyć nawet zatwardziałych wrogów żeglowania i dalekich podróży. Miałem nadzieję, że są „autentyczne”, bo nikt z naszych przyjaciół jeszcze „tam” nie był, więc nie mógł potwierdzić. A w konfrontacji z późniejszą rzeczywistością.... No, ale nie wyprzedzajmy faktów.
   Teraz wspólnie próbujemy namówić kilkoro naszych przyjaciół na dołączenie do nas, ale niestety bez pozytywnej odpowiedzi od żadnego z nich. Postanawiamy zatem jechać tylko w 2 pary.
   Pozostaje nam tylko teraz dokonać rezerwacji (jest już początek czerwca 2014 roku) u kapitana i przygotowywać się do wyjazdu.
   Niestety, ale tu spotyka nas przykra niespodzianka. Wszystkie miejsca na rejsy we wrześniu 2014 roku są zajęte!!! Kapitan ze względu na najlepszą pogodę, organizuje tylko dwa lub trzy - trzynastodniowe rejsy. Pozostaje nam więc zrobić rezerwację (wpłacając depozyt) na któryś z wrześniowych rejsów w ...2015 roku. Z piętnastomiesięcznym wyprzedzeniem!! Wybieramy pierwszy termin zaczynający się na początku września, który z przyczyn technicznych został przesunięty na drugą połowę tego miesiąca. Ale nie gwarantuje nam to, że jednak będziemy żeglować po Polinezji Francuskiej, gdyż kapitan wyjaśnia nam, że musi mieć przynajmniej 8 osób na jeden rejs i obsadę na 2 rejsy!! Musimy więc wstrzymać się z zakupem biletów, gdyż i ten termin w zależności od ilości chętnych (których na razie brak) może ulec zmianie.
   A nas było dopiero czworo. Nie pozostaje więc nam nic innego jak skutecznie przekonać naszych przyjaciół na ten wyjazd, obiecując im wczasy pełne wspaniałych wrażeń, które jak miałem cichą nadzieję, będą pokrywały się z rzeczywistością. Oczywiście, że największą przeszkodą w podjęciu tej a nie innej decyzji decyzji, były koszty – co absolutnie mnie nie dziwiło jako, że potencjalne uczestniczki na pewno przeliczały to na ilość zakupionych w zamian damskich ciuszków, torebek i szpileczek. I wyszło im na to, że mogą zakupić cały „wagon”! I to bez sezonowych zniżek. A ponadto wiele osób nie mogło podjąć decyzji (z różnych przyczyn) z tak dużym wyprzedzeniem co było dla mnie całkowicie zrozumiałe ale my nie mogliśmy sobie na to pozwolić bo także i rejsy w.....2015 roku mogły by nam „uciec”.
  Na początku października data wyjazdu nie może być jeszcze potwierdzona przez kapitana więc pozo06-Kwiaty Polinezji Francuskiestaje nam, niczym przy wylotach samolotowych, pozycja - „stand-by”.
  Kilka dni później (18 października) kapitan informuje nas, że jedna z uczestniczek wycofała się więc termin rozkładu rejsów pozostaje tak jak na ogłoszeniu na stronie internetowej, czyli wygląda na to, że nasz rejs będzie realizowany w dniach 7 – 19 września, 2015 roku ale z biletami mamy się jeszcze wstrzymać bo doszły 3 pary ale na inny termin, a to wciąż za mało.
    Wreszcie dobra wiadomość nadeszła 4 listopada. Do naszej grupy dopisuje się nasza przyjaciółka (Ela ją skutecznie „przekonała”) Beata Tarka z mężem – Witkiem z tym, że ze względu na dzieci, mogą uczestniczyć tylko w rejsie od 19 września do 1 października. Ponieważ my nie mamy problemów z dostosowaniem się do rejsu z Beatą, więc mamy już 3 pary, ale z zakupem biletów wciąż musimy czekać, bo potrzebna nam jest 4 para.    
   Kolejna dobra wiadomość dociera do mnie i kapitana 23 listopada. Dołącza się do naszego terminu na rejs Jagoda Mielczarek z mężem – Joe. Mamy więc minimum osób potrzebnych na to aby rejs się odbył. Ale niestety, kapitan nie ma jeszcze obsady na któryś z pozostałych dwóch rejsów (4 i 6 osób na 1 i 2 termin), więc nadal nie możemy kupić biletów lotniczych, które z miesiąca na miesiąc, drożeją nieznacznie, ale jednak drożeją.
    Wreszcie!!! Dziewiątego listopada dostaję tak długo oczekiwaną wiadomość od kapitana – jest 8 osób na drugi rejs!
  Więc możemy wreszcie poszukiwać połączeń do Wyspy Raiatea na Polinezji Francuskiej, gdzie mamy dotrzeć 19 września 2015 roku o godzinie 12:30 po południu, kiedy to rozpoczyna się nasz rejs. A znalezienie dobrego (dostosowanego czasem do naszego rejsu) i taniego połączenia okazuje się nie takie proste. Kapitan, z doświadczenia poprzednich uczestników rejsów po Polinezji Francuskiej, sugeruje nam przelot z Polski przez Paryż do Tahiti (liną Air France) i potem lokalną linią do Raiatea. Ale ponieważ większość z nas będzie leciała z USA, więc ta koncepcja nie może być brana pod uwagę – także ze względu na cenę.
   Dostaję także informację od kapitana, iż na jachcie nie ma żadnego sprzętu wędkarskiego (zależało nam głównie na wędkach), ale można pożyczyć w lokalnej firmie czarterowej. Szybko jednak zrezygnowaliśmy z tej oferty po zapoznaniu się z jej ceną, którą nie mogliśmy my z Wojtkiem zaakceptować, a co dopiero nasze żony! Postanawiamy więc mimo niedogodności, zabrać wędki i sprzęt wędkarski ze sobą. No bo jak tu jechać tam, gdzie tyle wody, a w wodzie tyle rybek (choć jak się okazało....) bez wędek i to my zapaleni (żony mówią zwariowani – to najłagodniejsze określenie) wędkarze.

 Część pierwsza......c.d.n.

 Tekst: Józef Kołodziej
 Foto: Beata Tarka i Józef Kołodziej
 Listopad 15, 2015
Korekta: mgr Krystyna Sawa
     
 

              CZĘŚĆ DRUGA 

              CZĘŚĆ TRZECIA

OSTATNIE ARTYKUŁY:

Karaibskie Niespodziankiz
Marzenia na 3 Lata
Skarb w Polskim Wraku
Zygzakiem Trókąt Bermudzki
Kpt. Ziemowit Barański
Polinezja Francuska 1....
Polinezja Francuska 2 ...
Polinezja Francuska 3...