Przygoda z Naturą

POLINEZJA FRANCUSKA...PRZEMIJAJĄCY RAJ

  
 MAUPITI
    Po tym krótkim01-Poludniowe przejscie przez rafe do Maupiti wędkowaniu, (Wojtek złowił małą makrelę) opuszczamy błękitne wody wokół Bora-Bora i płyniemy na żaglach (wiatr nam chwilowo sprzyjał) na kolejną wyspę położoną około 40 km od Bora-Bora.
    Przed nami bajecznie kolorowe wody Oceanu Spokojnego i przyjemny sześciogodzinny rejs w jej kierunku (atol z wulkaniczną wysepką pośrodku), którą będziemy zwiedzać przez cały dzisiejszy dzień. To Maupiti (tylko 11 km2 powierzchni) i jak inne wyspy Polinezji Francuskiej, odkryta przez słynnego żeglarza, kapitana Jamesa Cooka. Jej nazwa w języku haitańskim znaczy – dwie góry, które zresztą do tej pory górują nad całą wyspą, a przy dobrej pogodzie widoczne są nawet z Bora-Bora. Większa z nich Pahahere (380 m n.p.m.), tworząca strome urwisko porośnięte zachłanną tropikalną roślinnością nad wioską Vaiea, sterczy na początku wyspy jakby witała żeglarzy. U jej stóp znajduje się duży kościół z charakterystycznym czerwonym dachem, gdzie modlą się (choć nie wszyscy) mieszkańcy tej wyspy. A zamieszkuje ją ich około tysiąca dwustu, z których jeszcze wielu posługuje się językiem tahitańskim – urzędowym jest język francuski. A obiegowym pieniądzem jak i na całej Polinezji Francuskiej jest XPC – Francuski Polinezyjski Frank.
    Wyspa Maupiti otoczona rafą koralową stawia żeglarzom duże wyzwanie gdyż, aby dostać się na wody wewnątrz atolu otaczające wyspę, trzeba przepłynąć wąskim przesmykiem w rafie (Passe ‘Onoiau) – przejście południowe. Natomiast przejście północne koło Motu Pae’ao, jest „zablokowane” barierą koralową (Barriere de Corail de Maupiti Nord) i nie pozwala na wpłynięcie do atolu takim dużym katamaranem jak nasz.
 03-Pahahere - najwyzsza gora-380 m n.p.m.- na Maupiti   Żeglugę dodatkowo utrudniały silne prądy wywołane pływami i falą przybojową oraz spłyceniem w przesmyku. Mimo to, nasz kapitan bez większych trudności pokonał ten odcinek (przejście południowe) wpływając pomiędzy Motu Tiapaa i Motu Pitiahe, na błękitno-szmaragdowe i spokojne wody laguny, aby po krótkim rejsie po ich bajecznie czystych wodach zakotwiczyć naprzeciwko wioski Vaiea posiadającej nadbrzeże do cumowania małych stateczków turystycznych i pontonowych jachtów. Na wysepkę tą można dostać się także małym samolotem, dowożącym przede wszystkim turystów.
    Atrakcją tej wysepki jest droga biegnąca dookoła wyspy, wzdłuż wybrzeża, która oferuje niezwykle urocze zakątki natury a także możliwość obserwacji życia tutejszych mieszkańców. Trasę tą – liczącą sobie 10 km, można spokojnie pokonać wypożyczonym rowerem, co też uczyniły Beata z Witkiem lub przejść na piechotę po jej części, z czego skwapliwie skorzystali: Ela, Ewa, Wojtek i autor. Natomiast Jagoda, pokonując ból nogi, wspięła się wraz z mężem (Joe) i Agatką na górę, trasą turystyczną, skąd mogły podziwiać oszałamiający widok laguny, małych wysepek oraz porośniętych bujną roślinnością zboczy gór. Mimo, że nasz spacer był stosunkowo krótki, to pozwolił nam zaobserwować i zobaczyć ciekawe miejsca. Jednym z nich był grobowiec pierwszego „wójta” tej wioski – pochowanego na zboczu góry w 2001 roku. To także na tej wyspie mogliśmy zobaczyć grobowce w... ogródku, w których pochowani są członkowie rodziny zamieszkujący tutaj za życia. Władze usiłowały kiedyś zakazać tego zwyczaju, ale wobec oporu jej mieszkańców pragnących kultywować tradycje przodków – zrezygnowały z tego zamiaru. Także dzięki sprzeciwowi tutejszych mieszkańców (chwała im za to) nie wybudowano na tej wyspie hoteli – kolosów, a tury05-Nasza grupa na Maupitści mogą zamieszkać w małych prywatnych pensjonatach na wyspie. W ten sposób na szczęście, uniknięto zabetonowania części tej jakże pięknej wyspy z bujną tropikalną roślinnością poprzetykaną orgią kolorów tropikalnych kwiatów.
    Flora polinezyjska to przede wszystkim wszędobylskie wilgotne lasy tropikalne, które znalazłszy sobie tutaj doskonałe warunki, swoją niepohamowaną żarłocznością pokrywają każdy wolny skrawek ziemi nie wyłączając powulkanicznych gór. Królują w nich palmy kokosowe i drzewa chlebowe. Drzewa i krzewy tworzą przepiękny zielony kobierzec, zachwycający wszystkich odwiedzających ten archipelag.
    Bezsprzecznie jednak, królową roślin a przede wszystkim kwiatów na PF jest kwiat gardenii (Gardenia taitensis) nazywany w lokalnym języku – „Tiare Tahiti”, który swą oryginalnością i delikatnością kolorów, może zachwycić największych koneserów kwiatów. Jest noszony często przez kobiety zip06-Grob pierwszego wojta wioski -Vaiea na Maupiti uchem. Jeżeli lewym to znaczy, że kobieta jest aktualnie w związku z mężczyzną a jeżeli za prawym to znaczy, że „pani jest wolna, czyli do wzięcia”. Ale jeżeli spotkamy kobietę z takim kwiatem noszonym za lewym uchem i odwróconym do dołu to znak, że kobieta wszakże jest w związku, ale... jest otwarta na zawarcie nowych znajomości. Czyli panowie... podrywamy!!! Kolejnym kwiatem cieszącym się wielką sławą, jest Alpinia purpurata (zwana czerwonym imbirem), który to kwiat jest uznawany za króla polinezyjskich bukietów. Inne bajecznie kolorowe kwiaty PF to: Begonia nitida, żółta i oryginalna w kształcie kwiatu – Cassia alata czy też chętnie hodowana w przydomowych ogródkach tahitańczyków, mająca różnorodne kwiaty – Lantana camara o intensywnie pachnących liściach. Oczywiście nie sposób nie wspomnieć o całej plejadzie kwiatów z rodzaju hibiskusów, których tu na PF można się doliczyć czterdziestu gatunków i ponad trzystu odmian!
    Spacerując powoli po prawie opustoszałej drodze, mamy okazję zobaczyć na podwórku jednego z domów kawałek dużej kości, która według wyjaśnień właściciela domu jest kością wieloryba (kawałek szczęki), którego dawno temu upolował jego dziadek. Dobrze, że nie cały szkielet bo zająłby zapewne.....pół wyspy!
    A dla mnie pewnym zgrzytem w tej polinezyjskiej naturze, była masywna zadaszona konstrukcja (bez ścian zewnętrznych) boiska do koszykówki postawiona na grubej cementowej płycie (mającej pewnie wytrzymać trzęsienie ziemi!) – koszmarna budowla. Także złe nawyki cywilizacji odcisnęły swoje niechlubne piętno w postaci porzuconej zardzewiałej betoniarki i drewnianej dwukołowej platformy. Ale za to mile zask08-Czyzby polski kogut na Maupiti - Polinezja Francuskaoczył mnie widok piejącego koguta, który tak na mój gust, musiał „przedostać” się tutaj z Polski, na co wskazywało jego piękne „polskie” upierzenie. Zaskoczyła nas też Lisa (jeżdżąca na rowerze), dwunastoletnia tahitanka, która na pytanie o udzielenie informacji, odpowiedziała płynnie po angielsku! Czyli posiadała znajomość 3 języków (francuski, tahitański i angielski)!
    Czekając przy nadbrzeżu na ponton, który zabierze nas z powrotem na jacht, dostrzeg09-Kawalek szczeki wielorybaam obok pod zadaszeniem z jedną tylko frontową ścianą (na której przymocowane są jakieś zapisane kartki w niezrozumiałym dla mnie języku), zbierających się tubylców. Przyjeżdżają samochodami, rowerami i nawet przybywają na piechotę. Dwóch z nich ma gitarę i bęben, na których trenują jakieś lokalne melodie. Zaciekawiony tym, zapytuję po angielsku jakiegoś wysokiego młodego mężczyznę, dlaczego gromadzą się tutaj. Jak się okazało, był to mer tej wyspy mówiący świetnie po angielsku. To on wytłumaczył mi, że właśnie dzisiaj odbędzie się konkurs piosenek tahitańskich śpiewanych w tym języku. Jakby na potwierdzenie jego słów, do nadbrzeża dobija prom z kilkudziesięcioma tubylcami z innych wysp. Część z nich to uczestnicy konkursu a reszta to towarzyszące im rodziny i sąsiedzi. Zmieniamy nasze plany i postanawiamy chwilę zostać na tym wyspiarskim konkursie, spontanicznym, żywiołowym, bez żadnych dekoracji, telewizji, w codziennych roboczych strojach i co najważniejsze – nie reżyserowanym specjalnie dla turystów jak to bywa w wielu takich podobnych miejscach. Takiej, więc okazji podziwiania tego naturalnego i nieskażonego jeszcze cywilizacją wyspiarskiego folkloru – nie możemy odpuścić. Konkurs śpiewów prowadziła a raczej intonowała stara tahitanka, a uczestniczący śpiewacy z tej wioski posługiwali się tekstem piosenek wywieszonych (jak wspominałem uprzednio) na ścianie, przy akompaniamenc10-Autor i Lisa z Maupitiie bębna i gitary. Żal było mi opuścić konkurs (choć ze względów czasowych – musiałem), więc nie wiem która grupa i z jakiej wioski zwyciężyła. Ale myślę, że dla tych ludzi nie było to najważniejsze. Bo oni bardziej traktują takie spotkania, jako rzadką okazję do wzajemnego poznania się i nawiązania sąsiedzkich przyjaźni.  Chyba nam, ucywilizowanym społeczeństwom, zapędzonym wyścigiem do pomnażania ”majątków”, daleko do tej naturalnej radości tubylców, którym do szczęścia potrzeba tak niewiele!
    Na jacht wracamy tylko po to, aby się przebrać, bo już za dwie godziny o 7 wieczorem wracamy na nadbrzeże gdzie w jedynej knajpce w tej wiosce mamy zaproszenie od właścicieli na lampkę własnego wyboru „nalewki” (oczywiście z lokalnych produktów). Restauracja położona tuż nad wodą prowadzona jest przez Nicole i jej męża Noro a pomaga im Linda, która pracowała kiedyś 11 lat dla Air Thaiti. Przy wspaniałej atmosferze i smacznych lokalnych potrawach, czas upływał bardzo szybko, więc na jacht dotarliśmy krótko przed północą.
    Jednak to piękno, które otacza nas w tym polinezyjskim raju, nie pozwala nam na długie wylegiwanie się w kabinach (odeśpimy po powrocie), więc po wczesnym śniadaniu płyniemy pontonem na płytkie miejsce na rafie znane dobrze kapitanowi, gdzie snorkując możemy oglądać płaszczki. Nie udało się nam „spotkać” ich zbyt dużo (zaledwie 3), ale za to Ewie udało się zobaczyć pięknego strzępiela, jak zawsze majestatycznie i wolno płynącego u podnóża małej rafy koralowej. A już wczesnym popołudniem wracamy na Bora-Bora, próbując po drodze „popłoszyć” trochę rybki. Niestety, ale żadna nie dała się „namówić” na nasze sztuczne, lecz za to bardzo kolorowe smakołyki.    Wieczór spędzamy (drugi już raz) w restauracji „Bloody Marys”, gdzie wystrój i atmosfera typowa dla wyspiarskich restauracyjek, ale ceny w niej... raczej europejskie, można powiedzieć „paryskie”. Po powrocie na jacht, jeszcze chwila pogawędki przy wieczornym drinku, a ja z Wojtkiem zastawiamy nasze gruntowe zestawy na rybki. Może jednak się coś złapie?
    Witek, śpiący w mesie, słyszał około drugiej w nocy, odgłos „wciekłej” grzechotki kołowrotka oznajmiającej odwijanie żyłki przez zaciętą rybę. Będąc przekonany, że ja śpię na pokładzie i podejmę jakąś akcję, nie zareagował. Niestety, ale ja spałem w koi i wczesnym rankiem pozostało mi zwinąć tylko żyłkę, bo haczyk został urwany razem z przyponem przez walczącą o uwolnienie rybę. Bywa i tak.
    Rano 24 września, korzystamy z uprzejmości tutejszego Yach Club, aby „wypłukać” się pod prysznicem, bez konieczności oszczędzania wody, do czego jesteśmy (ze względu na pojemność zbiorników wody słodkiej) zmuszeni na naszym jachcie. Kiedy już odpływaliśmy od jachtowego pomostu, Joe zorientował się, że w łazience zostawił cały zestaw toaletowych przyborów. Z opresji wyratowała go Jagoda (jego żona), która bez wahania skoczyła do wody, podpłynęła do pomostu i z powrotem po zabraniu jego „kosmetyczki”, wpław (rekin jej na szczęście nie skonsumował) dopłynęła powtórnie do naszego jachtu. Manewr dobijania i odpływania od kei, trwałby znacznie dłużej.
    Teraz już bez przeszkód mogliśmy kontynuować zaplanowany dzisiejszy rejs dookoła Bora-Bora, podziwiając oszałamiające widoki, jakie odkrywa przed nami ta słynna na całym świecie polinezyjska wyspa – mekka turystów z bardzo wielu krajów.
    A po południu, płyniemy na małą wysepkę w pobliżu Bora-Bora gdzie udało się nam załatwić lunch mimo braku wcześniejszej rezerwacji. Właścicielka potrzebuje trochę czasu, aby go przygotować, więc wykorzystujemy to na oglądanie rekinów w małej odgrodzonej zatoczce, które są atrakcją tej restauracyjki. Na kąpiel w tej zatoczce z rekinami... jakoś nikt nie miał ochoty, mimo zapewnień właścicielki restauracji o ich pogodnym i przyjacielskim usposobieniu do turystów – uwierzyłem jej na słowo. Kilkoro z nas obchodzi na piechotę tą niewielką niezamieszkałą wysepkę, a pozostali uczestnicy pławią się w krystalicznie czystych i ciepłych wodach, oraz dokumentują na fotkach niesamowite piękno kolejnej rajskiej polinezyjskiej wysepki.
    Jest odpływ, więc uwagę naszą przykuwają pochylone sylwetki kilkorga tubylców z innych wysp, brodzących w płytkiej wodzie. To ludzie zarabiający na zbieraniu krabów, które oferuje im dobroczynna matka natura.
    Lunch i zachowanie właścicielki restauracji zaskakuje nas całkowicie. Na naszą uwagę, że jedzenie jest zimne i stare, a psy właścicielki nie umilają nam posiłku, w dosyć nieuprzejmy sposób, wręcz chamski... każe się nam wynosić! Zrobiliśmy to z przyjemnością, bo z takim zachowaniem spotkaliśmy się po raz pierwszy i nigdy później na żadnej wyspie. Widocznie cywilizacja już pomału dociera do tego polinezyjskiego raju, który kiedyś bezpowrotnie przeminie. A nasz kapitan na pewno tu nie przypłynie z następną grupą.
   Na noc zostajemy na wodach tej wysepki, a nocna „zasadzka” na rybki nie przyniosła spodziewanych efektów, mimo że spałem na pokładzie i pilnie „nasłuchiwałem” grzechotki kołowrotka. Choć tak trochę bez przekonania na sukces za sprawą oczywiście... Morfeusza, który tu na Polinezji włada niepodzielnie na pokładach jachtów.
   W piątek, (25 wrześni15-Uroki tropiku na Maupiti - PFa) kolejny ranek i wschód słońca (dla tych, co nie śpią) zostawia w naszej pamięci niewyobrażalne piękno barw, pomarańczowych refleksów odbijanych od nieporuszonej najmniejszym powiewem wiatru - powierzchni oceanu, z którego niczym kopce wystają powulkaniczne góry na sąsiednich wysepkach, osnute lekką poranną i zwiewną mgłą. A do tego nieskazitelna cisza niezakłócana jeszcze wrzaskliwymi jak zawsze, mewami. Przed ósmą rano odczepiamy naszą linkę przywiązaną do boi i żegnając się z Bora-Bora, kierujemy się na silniku w kierunku wyspy Taha’a, która jest połączona wspólną rafą koralową z wyspą Raiatea. Mijamy opustoszałe kolonie domków na wodzie, sprawiające wrażenie opuszczonych (około 80% z nich jest niewynajętych), nie tętniących turystycznym gwarem i z nadzieją oczekujących na napływ wiel16-Mapa Maupiti -PFu turystów. A na to się za bardzo nie zanosi ze względu na koszty takich wakacji, na co ma główny wpływ – cena biletów samolotowych.
    Pod nami szmaragdowy kolor wody, jako że biała rafa koralowa jest tutaj zaledwie 2 – 3 metry pod wodą (później jest już większa głębokość i inny kolor wody). Przy nabieraniu wody wiadrem (aby zmyć pokład jachtu), niesforne wiadro „uwalnia” się z linki. Nie ma czasu na zastanawianie się i dlatego natychmiast decyduję się na skok do wody. Udaje mi się go „dopaść” zanim prąd nie oddalił go od jachtu i zanim nie znalazł się na dnie. Kapitan zwalnia prędkość a ja wciągam wiadro (razem z sobą oczywiście) po drabince na pokład.
    Lekki wiatr przegonił zaspane resztki chmur, co pozwala nam na oglądanie pięknej Bora-Bora i widocznej słabo w oddali, naszej Taha’a. Ale zanim dotrzemy do niej, kierujemy się już na żaglach (wiatr nam sprzyja) do portu w Raiatea aby naprawić pompę do odsalania morskiej wody oraz uzupełnienia zapasów (tych procentowych także – okrutnie drogich, a niektóre z nich - niezbyt dobre).
    Tym razem wędkarskie szczęście nieco nam sprzyjało bo Wojtek wyholował albacorę (Thunnus alalunga) z rodziny tuńczykowatych, a ja tuż po opuszczeniu portu, w drodze do Taha’a, małą (60 cm) baracudę (Sphyraena barracuda). Barakuda nie jest zbyt atrakcyjna kulinarnie, ale na bezrybiu i rak rybą – jak mówi przysłowie.
A pompę do odsalania wody morskiej, trzeba było dopiero zamówić (stara nie do naprawienia), więc nie czekając na dostawę, odpływamy o 5 po południu, kierując się do celu dzisiejszej żeglugi, czyli wspomnianej wcześniej, kolejnej cud-wysepki Polinezji Francuskiej -Taha’a.
 
Część trzecia......c.d.n.

 Tekst: Józef Kołodziej
 Foto: Beata Tarka i Józef Kołodziej
 Korekta: mgr Krystyna Sawa

 Listopad 15, 2015

CZĘŚĆ PIERWSZA

CZĘŚĆ DRUGA

     

 

OSTATNIE ARTYKUŁY:

Karaibskie Niespodziankiz
Marzenia na 3 Lata
Skarb w Polskim Wraku
Zygzakiem Trókąt Bermudzki
Kpt. Ziemowit Barański
Polinezja Francuska 1...
Polinezja Francuska 2...
Polinezja Francuska 3...