Przygoda z Naturą

(4) WILCABAMBA...
Ostatnia Stolica Inków

  Okruchy Inkaskiego Świata
   Z inkaskiego świata, oprócz fundamentów, na których wznieśli Hiszpanie swoje domy i kościoły, pozostały mury kilku ulic (a wśród nich dziś najwspanialszej, nazwanej Loreto), pozostała też dolna część Świątyni Słońca - dziś prezbiterium kościoła Santo Domingo. Obok kolonialnej willi rodziny Lomellinich obejrzeliśmy także inkaskie kamienne odrzwia, które wiodą do nikąd, bowiem reszta pałacu Colcampata została zniszczona.
   To, co stworzyli ludzie - łatwiej było zniszczyć, trudniej ­dzieła natury. Jakże bowiem pozbyć się skały, ważącego kilka tysięcy ton monolitu, choćby był dla Inków ważnym miejscem kultu ?... Jak na przykład Ccenco. Pod północnym stokiem Ccenco leży Cusco, za zachodnim, da­leko, widać andyjskie łańcuchy ozdobione błyszczącą teraz w słońcu koronką wiecznych śniegów. W czystym, górskim powietrzu rozchodzi się smutny dźwięk charango, małej indiańskiej gitary.
   Idziemy śladem głosu. Zasłonięty skalnym wyłomem siedzi w Ccenco stary Indianin. Na nogach ma skórzane sandały, jak rapcie z łyka, plecy przykryte pięknym, przed wielu już lat utkanym ponczo, na głowie - spiczasta, naciągnięta na uszy, czapeczka chullo. I kapelusz. Kiedy przechodzą tu turyści - jedna ręka starego przytrzymuje charango, druga zdejmuje kapelusz, który zamienia się teraz w żebraczą miseczkę. Gdy turyści przejdą - grosze wędrują do kieszeni, kapelusz z powrotem na glowę: zimno. A jak zimno - bardziej chce się jeść. Ręka starego odkłada więc gitarę i sięga za pazuchę, by wysupłać spore zawiniątko. Indianin ostrożnie kładzie je na kolanach i rozwiązuje rogi szmatki. Podglądamy dyskretnie: to koka. Stary bierze kilka liści, zgrabiałymi palcami podnosi do ust. Nie żuje ich od razu - trzyma liście delikatnie jak opłatek komunii, dmucha, całuje i zaczyna mruczeć indiańskie modlitwy; i tak zwraca się ku każdej stronie świata. Nie rozumiemy co szepce; modli się w swoim języku, w kiczua, może prosi bóstwa nieba i ziemi, aby darował mu spożywanie swiętych liści koki. Modli się do bóstw pogańskich - ale i nowym coś się należy. W tym rytuale robi nad liśćmi znak krzyża i dopiero wtedy zaczyna je żuć. Wiemy, że z tych liści można wróżyć; prosimy, aby przepowiedział nam losy wyprawy. Ale stary nie rozumie, a może też nie chce przysłużyć się gringos, obcym, i to jeszcze tutaj, w Ccenco, gdzie z wnętrzności zabitych zwierząt i z ich krwi, która ściekała wyżłobionymi specjalnie w skale kanalikami, zwanymi labiryntem - przepowiadano niegdyś losy inkaskich w04a-Allache - indianska motykaładców
   Turyści nie zwracają uwagi na skromny labirynt. Fotografują przede wszystkim ogromny stożek z kamienia, uznany powszechnie za wyobrażenie fallusa, szukają wyrzeźbionego na szczycie skalnego monolitu źeńskiego symbolu płci. Nie wiadomo bo­wiem czym naprawdę bylo Ccenca: inkaskimi Delfami, czy też świątynią, gdzie oddawano kult bóstwom płodności. A może - jednym i drugim? Mniejszy kłopot z określeniem charakteru pobliskiego Tambo Machay. To były na pewno - twierdzi Edmundo - łaźnie królewskie. Kronikarze podają, iż baseny inkaskich władców były ze złota zaś, kanały przeprowadzające do nich wodę - srebrne. Nie poświadcza tego Tambo Machay, w każdym razie dzisiaj. Do wyłożonego obrobionymi kamieniami zbiornika wypływa ze skały woda, ujęta w kamienne, półokrągłe kanały, doprowadzona następnie długim i wąskim korytkiem, dziś drew­nianym, niegdyś pewnie kamiennym.
    Wybierzemy się jeszcze do Sacsahuaman. Nie możemy pominąć górujących nad Cusco ruin wspaniałej twierdzy Inkow nie tylko dlatego, że zbudowano ją z blokow tak potężnych, iż niektórzy przypisywali ich obrobkę przybyszom z innego świata. Przecinano je laserami - twierdzi miejscowy znachor z uniwersyteckim wykształceniem, rozpowszechniający teorię, iż rozwój cywiliza­cji zależy od przemieszczania się magnetycznych prądów równi­kowych. Prądy te wędrują - jego zdaniem - raz w Himalaje, a raz w Andy i cywilizacja rozwija się tu i tam na przemian. W okolicy Cusco, prądy działały za Inkow, i wcześniej - zanim narodził się Budda; wtedy to właśnie mieszkańcy tej ziemi przy pomocy wysoko rozwiniętej techniki obrabiali ogromne kamie­nie. Potem magnetyczne prądy równikowe znow się przemie­ściły w Himalaje; podupadło więc Tawantinsuyu, podbili je Hiszpanie. Lecz teraz prądy wracają i trzeba oczekiwać niezwykłego rozwoju­ andyjskiej cywilizacji. Taką teorię głosi znachor.
    Edmundo przypuszcza, że twierdza Sacsahuaman mogła po­wstać dlatego, iż nie istniał dla Inków ani problem czasu, ani siły ludzkiej: można było budować długo, bez pośpiechu, zatru­dniając tysiące, dziesiątki tysięcy jeżeli by to trzeba, zobowiąza­nych do szarwarku poddanych. Do twierdzy ciągnie nas nie sztuka, a historia: tutaj bowiem, w Sacsahuaman, rozegrał się ważny akt kuskeńskich dziejów Mango Inga Yupangui, zanim porzucił on na zawsze starą stolicę, by założyć nową - Vilca­bambę.

 Oblężenie Cusco
    A więc Mango Inga Yupangui z zadowoleniem przyjął śmierć Atao Wallpy: dała mu władzę nad imperium. Zdawał sobie sprawę, że imperium to podupadło. Trzeba zatem odbudować jego jedność. Trzeba rządzić. I oto młody władca, który dotychczas wydawał się Hiszpanom marionetką, staje się niebezpieczny. Kiedy chce oddalić się z miasta, by przygotować powstanie, zawracają go z drogi i wtrącają do więzienia. Z niezwykłą godnością - głosi historia - znosi Mango Inga tortury i upokorzenienie. Kiedy znajdzie się na wolności - obiecuje przywieźć Hernandowi Pizarro złoty posąg swego ojca, jeżeli pozwoli mu się oddalić z Cusco. W rzeczywistości - jedzie połączyć się ze swoją armią. Bo powstanie - twierdzi Edmundo Guillen – było przygotowane zawczasu.  Następuje ośmiomiesięczne oblężenie Cusco, pierwszy akt walki Inków o niepodległość, czyli rekonkwisty. Upada twierdza Sacsahuaman, broniona przez Hiszpanów, później jednak, w walce, która przyniesie śmierć jednemu z braci Pizarra, Juanowi, przejdzie z powrotem w ich ręce. Inkow było 200 tysięcy, Hiszpanów ledwie dwustu, a jednak Mango Inga Yupangui poniósł klęskę - twierdzą tradycyjni historycy. To są fakty - mówi Guillen. – Spróbujmy jednak zinterpretować je na nowo. Prawda, że wojsko patriotów liczyło 200 tysięcy żołnierzy, nie można jednak zapomnieć o tym, że Cusco miało wówczas 100 tysięcy mieszkańców, zwolennikow grupy zmarłego władcy Waskara, i że pozostali w nim żądni władzy bracia Manga. Ale Mango bardziej walczył przeciwko nim właśnie, aby ich ukarać za rozbijanie jedności państwa, niźli przeciwko dwustu Hiszpanom. Nie wziął jednak Mango Inga pod uwagę, że oddział konkwistado­rów stanowi jedynie przyczółek sił znacznie potężniejszych. Choć skłócony już z Pizarrami o władzę, przyszedł im pośrednio z pomocą Diego de Almagro: uwięził w Cusco Hernanda Pizarra, ale wzmocnił siły Hiszpanów. Ściągnięto, także posiłki z odległej Panamy, a trzeba pamiętać, że wspomagały wciąż Hiszpanów wrogie Inkom armie indianskie. Mango Inga walczył więc ­konkluduje Profesor - z całą koalicją ludów zdominowanych dotychczas przez Inków, z rosnącymi w siłę Hiszpanami i z włas­nymi braćmi. Nie mógł zwyciężyć. W roku 1537 odstępuje więc od oblężenia, wycofuje się z fortu w Ollantaytambo; daleko, w niedostępnych górach, tworzy Królestwo Vilcabamby.
   Nie rezygnuje z walki. Chce zyskać na czasie.

 Droga Do Królestwa
   Guillen Guillen
   Dwa kilometry w przód, kilometr do tyłu i tak wiele razy. Pociąg nabiera wysokości zygzakami, aby potem stoczyć się łagodnie w swiętą dolinę Urubamby. Jest wczesny ranek, bardzo zimno. Wszyscy się kulimy, najbar­dziej Edmundo; kiedy nikt nie widzi. Stary sweter, byle jaka dre­lichowa kurtka, wciśnięte na oczy - bo a nuż się zasnie - som­brero. Niczym nie odróżnisz jednego z najbardziej eleganckich i pedantycznie ubranych mężczyzn w Limie od pozostałych pa­sażerów osobowego pociągu Cusco-Quillabamba.   Profesor Guillen Guillen. Jak każdy Latynos, używa dwóch naz­wisk - po ojcu i po matce. Na ogół brzmią one odmiennie - on ma takie same po mieczu i po kądzieli. Przygladam się śpiacemu mężczyżnie. Jest niewysoki, raczej krępy, zbudowany mocno, cerę ma smagłą, bez zmarszczek, a włos gęsty i kruczy. Można by mu dać lat... czterdziesci? Może nieco więcej, kiedy jest zmęczony. A urodził się w dniu Wszy­stkich Świętych 1921 roku. Minęło już dziesięć lat od chwili, kiedy Bingham odkryf Machu Picchu. Czy wiedział ktoś o tym w obszarniczej rodzinie osiadłej od wieków w Ayacucho? Może tak, była to rodzina światła, małemu Edmundowi nikt jednak nie wróżył kariery odkrywcy. – Bedziesz senatorem – zadecydował dziadek o losie noworodka. U Guillenów obowiązywały niepisane prawa, że żenić sie należy we własnej rodzinie. Od pokoleń zawierali więc małżeństwa tylko między sobą i to przez porwanie. Najczęściej mężczyżni z rodu Guillenów porywali narzeczone z rodu Guevara i – odwrotnie – Guevarowie robili zasadzki na panny Guillenówny. Czasem koligacili się także z rodem Gallegos. Raz się pomylili, jak opowiadał Edmundowi dziadek. Nie ród pomylili, ale pannę. Jest to historia pradziadka. Nazywał się Juan Climaco Guillen de Mendoza i zakochał się w Bernie czyli Barnabe Guevara. W owych pradziadkowych czasach widywało się panienki jedynie w kościele. Trudno je było dojrzeć tak były strzeżone. Ale don Juan Climaco wypatrzył Barnabe – i zakochali się. Szkopuł w tym, że były dwie Barnabe, siostry rodzone zwane Grande i Chica. – Duża i Mała. Pradziadek zakochał się w Małej. Na nią to urządził, uzgodnioną zresztą z dziewczyną, zasadzkę. Gdy rodzina Guevara wracała konno z niedzielnego nabożeństwa – dokonało się porwanie amazonki. Była to jednak ...Duża Berna, nie kochana. Przez osiem dni trwały rozterki pradziadka. Lecz dziewczyna porwana to jak pochańbiona: Trzeba do ołtarza. Pobrali się więc w sąsiedniej wiosce. Syn ich, dziadek Edmunda, porwał narzeczoną z rodu Gallegos. Nazywał się Bruno Guillen i był nie tylko właścicielem ziemskim, lecz również prokuratorem i znanym pisarzem. Ociec Edmunda, już Guillen Gellegos, studiował prawo na Uniwersytecie w Limie. Pewnego razu pojechał na wakacje do domu ciotecznego dziadka. Tam to poznał siedemnastoletnią wdowę i zakochał się. Ale już innemu była przeznaczona. I zbliżał się termin ślubu. Jak uniknąć porwania? Pobrali się, jak zwykle bywało, w sąsiedniej wsi. Oboje z rodu Guillen.

 Trzeba zostać senatorem.
     Edmundo wbrew tradycji nie porywał swojej żony. Udało mu się także zmienić przez rodzinę wybrany los. Chociaż – niezupełnie. Bo gdy dziadek przepowiedział: będziesz senatorem, trudno zrazu było tą wróżbę odmienić. Wszyscy przyzwyczaili się już sądzić, że Edmundo pójdzie w ślady swego ojca-notariusza, de­putowanego z departamentu Ayacucho. I on uwierzył w końcu w swoje przeznaczenie, więcej - starał się mu pomóc. Pragnął być lekarzem - a poszedł na prawo. Jednocześnie jednak studiował historię, pedagogikę i psychologię eksperymentalną; z dwóch ostatnich dziedzin zrobił doktorat. Chociaż temat rozprawy doktorskiej z historii: rola toqricoc, naczelników inkaskich prowincji (na które dzieliły się ich cztery suyu, czyli regiony) zapowiadał kierunek przyszłych badań Edmundo Guillena, Uniwersytet Narodowy San Marcos powierzył mu zrazu wykład monograficzny o toponimii, czyli nazwach miejscowości i drugi - o językach tubylczych. Wkrótce jednak - znany jako szperacz archiwalny, pilny badacz nie wydanych materiatow - prowadził już zajęcia na temat źrodeł historycznych.   Kariera uniwersytecka zapowiadała się błyskotliwie dla młodego naukowca. Trzeba jednak było zostać senatorem! Już raz kandydował ze swego okręgu; nie miał jednak przepisowych lat dwudziestu pięciu, toteż musiał się wycofać. Potem przyszły lata dyktatury Odrii i parlament zawieszono.
   W roku 1956 spróbował jeszcze raz. Może kampania wyborcza – wspomina - ­nie była błyskotliwa, lecz za to skuteczna. Wypracował ją tak, jak później naszą wyprawę tropem Vilcabamby, naukowo, najpierw w gabinecie. Miał przygotowanie z antropologii i zna dobrze swoj region - tam się wychował. Najważniejsze to dotrzeć do wyborców. Że na mule i na przełaj, bądż też po andyjskich ścieżkach, było to oczywiste. Ale trzeba było zastać ich w domu. Wtedy gdy jest fiesta, albo - kiedy leje. W największe szarugi, w błocie i kałużach, wędrował Guillen od wioski do wioski, z jednej do drugiej zagrody. Przeklinał chwilę, kiedy dziadek kazał mu zostać senatorem i cieszył się zarazem, bo nie tylko poznawał wstydliwą, najbiedniejszą współczesność swego kraju: rozszerzał też wiedzę o jego przeszłości. Piąte stulecie po hiszpanskim podboju, a w zakamarkach andyjskich płaskowyżu wciąż się kultywuje wiele dawnych obyczajów. Znając je ­znacznie łatwiej zrozumieć uwarunkowania dawnych dziejów: i odwrotnie - historia wyostrzała spojrzenie Guillena na życie dzisiejsze.
    Został senatorem i był nim sześć lat. A potem doszedł do wniosku, że polityką należy się zajmować u schyłku zycia. Powrócił do dydaktyki. Zorganizował Uniwersytet w Huanuco, był dziekanem i prorektorem, jednocześnie prowadził badania ze znakomitym antropologiem Johnem Murrą - wydali wspólnie wiele nie opublikowanych dotychczas dokumentów z zakresu historii i antropologii regionu. Brał też udział w kongresach międzynarodowych i sympozjach (był m.in. przewodniczcyw II Między­narodowego Sympozjum Sztuki Naskalnej), zaprosił go Uniwersytet w Berkeley, a potem - Sewilla.

  Brama Ameryki
 Nazywano to miasto Bramą Ameryki. W roku 1493 - po pow­rocie z odkrywczej wyprawy - przebywał tu Krzysztof Kolumb, oczekując na wezwanie przed oblicze królowej Izabeli; stad wyruszył do ówczesnych Indii Zachodnich Amerigo Vespucci, a jego imię miało dać nazwę kontynentowi. Tylko z Sewilli mog­ły wypływać statki na daleki zachód: wiosną - do Veracruz z ładunkiem dla Ameryki Środkowej i Meksyku, w sierpniu - do Panamy; z towarami przeznaczonymi do transportu przez przes­myk, a więc z ładunkiem do Ameryki Południowej. Założony w Sewilli przez kapelana Izabeli, Juana de Fonseca, Casa de Con­tratacion, czyli Dom Handlowy; stał się jak gdyby hiszpańskim ministerstwem kolonii, kontrolując wszystko, co miało jakikol­wiek związek z Nowym Swiatem. Dom Handlowy wydawał więc licencje kupcom i statkom, pobierał cła, kontrolował towary, pasażerów i załogi, ba, sprawował nawet nadzór cenzorski nad książkami wysyłanymi - znów wyłącznie z Sewilli do Nowego Świata. Dzięki złotu Ameryki - skarbom Azteków i wkrótce po­tem Inków - stawała się Sewilla miastem coraz bardziej potęż­nym. Była jednak stolicą Andaluzji poważnym ośrodkiem już wówczas, zanim jeszcze w roku 1248 Ferdynand II, zwany Świę­tym, uwolnił miasto od jarzma arabskiego. To jeszcze Maurowie założyli tu 70 bibliotek publicznych, a wsród nich najwspanialszą bibliotekę kalifa, z potężną na owe czasy liczbą 600 tysięcy tomów!  Kiedy Gwadalkiwir zapiaszczył swoje wody i Sewilla straciła znaczenie jako port, wciąż jeszcze pozostawała stolicą wiedzy o Nowym Świecie. Tu w roku 1779 zorganizowano centralne archiwum zebranych dotychczas informacji o odkrytym przed niespełna trzema wiekami kontynencie. Stało się to dzięki wy­siłkowi Juana Bautisty Munoza: on to zaproponował królowi Karolowi III przeniesienie do Sewilli archiwum królewskiego z Simancas pod Valladolid.
   Z upływem lat i stuleci, ilość dokumentów gromadzonych w dawnym Domu Kupieckim – Lonja de  los Mercaderes - wzrosła do 40 tysięcy teczek. Powstało  Archivo General de Indias - Generalne Archiwum Indii.   Właśnie do Sewilli, na zaproszenie miejscowego Uniwersytetu przyjechał Edmundo Guillen. Teoretycznie niewiele miał tu do roboty: ledwie raz na tydzieńń wykład monograficzny o żródłach historii peruwiańskiej. Głównym jednak powodem rocznego pobytu poza granicami kraju była praca w Archivo General de Indias - przyjechał tu z konkretnym celem zrewidowania tradycyjnego spojrzenia na historię konkwisty. Nie wszystkie 40 tysięcy teczek zawierały dokumenty związane z dziejami jego kraju, ale tych, które dotyczyły Peru - wystarczyłoby na kilka co najmniej żywotów uczonego. A on - miał jeden tylko rok. Edmundo nie oglądał nigdy wspaniałego widoku Sewilli z mauretańskiej, zbudowanej w wieku XII wieży La Giralda. Nie miał czasu na zwiedzenie Alkazaru, najwybitniejszego dzieła architektonicznego w stylu mudejar. Nie umie powiedzieć jak wygląda wnętrze największej w Hiszpanii i trzeciej co do wielkości w Europie - po bazylice Świętego Piotra w Rzymie i Swiętego Pawła w Londynie - katedry sewilskiej. Cały jego czas, umysł i oczy, które właśnie w Sewilli zaczął przesłaniać coraz to silniejszymi okularami - nastawione były na wertowanie pożółkłych manuskryptów. Kryły one w sobie nadzieję: informacje, które potwierdzają jego (wysuniętą już wcześniej na podstawie badan archiwalnych w Limie) tezę o prawdziwej, odartej z brązu roli hiszpańskich najeżdżców. A może też - marzył - uda mu sie odnależć, tam właśnie, w archiwum, ostatnią stolicę Inkow? Mimo kilku wypraw, wciąż jeszcze istnieją wątpliwości co do jej lokalizacji. Może tutaj właśnie znajdzie dowody pewne, niezbite, które pozwolą mu do niej dotrzeć. Choćby, wyobrażnią.
    Wkrótce pracownicy Archiwum uznali za naturalne, że dziwny Peruwiańczyk pierwszy przychodzi do sali lektur, a opuszcza ją ostatni. Interesowały go najbardziej materiały nie wydane, do których nikt jeszcze nie zagladał, nie stronił jednakże i od takich, które przeszły już przez ręce uczonych o nazwiskach wyznaczających dotychczas nowe rozdziały w historiografii.
    Może jednak nie przywiązali dostatecznej wagi do jakiegoś niepozornego szczegółu, który dla niego, Guillena, stać się mogłby kluczowym dla zrozumienia problemu? Może żle zinterpretowali dane? Często, choćby w kryminalnym śledztwie tak przecież bywa, że na podstawie tych samych zeznań bądz dowodów sędziowie rożne wysuwają wnioski i pierwszy nie zawsze bywa słuszny. Najważniejsze - to czytać uważnie, a jeśli świadectwa są sprzeczne ­nie poddając się emocji, wyciagać wnioski logiczne, nawet gdyby nie były po jego, Guillena, myśli. Zwyciężcy - a Guillen uważa, iż jego zmagania z dokumentami zostały uwieńczone sukcesem - nie pamiętają o klęskach. Nie ma więc w opowieściach Edmunda o Sewilli wspomnień o zwąt­pieniu, załamaniach, które przecież musiały mieć miejsce. Naj­większe emocje? Oczywiście wiązały się ze znajdowaniem ma­teriałów, które - krok po kroku - przybliżały go do tak dalekiej wówczas Vilcabamby.
      Nie sposób i nie ma tu potrzeby wymieniać bibliografii archiwal­nej, jaką przytacza później Guillen w swoich pracach: jest og­romna. Rok pobytu w Sewilli, nawet przy tym trybie pracy, nie mógł wystarczyć - na przebadanie wszystkich przypuszczalnie ważnych materiałów. Toteż Edmundo sporządził 20 tysięcy mi­krofilmów, nad ktorymi potem pracował już w kraju. Po powrocie do Limy - oprócz własnej pracy naukowej – znów zajecia dydaktyczne. Uniwersytet Narodowy San Marcos, gdzie prowadził wykłady, przyznał mu najwyższy w Peru tytuf naukowy profesor-emerito - zasłużony profesor. Guillen został oprócz tego rektorem prywatnego uniwersytetu im. Ricardo Palma.

  10 Lipiec, 1976 
 Tekst i Foto: Elzbieta Dzikowska
    Przedruk za zgoda autorki
 

                                                                    CZĘŚĆ 1 

                                                                    CZĘŚĆ 2

                                                                    CZĘŚĆ 3 

 

OSTATNIE ARTYKUŁY:
01 - Vicabamba - Ostatnia....
02 - Vilcabamba - Ostatnia...
03 - Vilcabamba - Ostatnia...
04 - Vilcabamba - Ostatnia...
05 - Vilcabamba - Ostatnia...