Przygoda z Naturą

(5) WILCABAMBA...
Ostatnia Stolica Inków

  Komu Choclo A Komu Tamal
   Teraz jednak, siedzący naprzeciw mnie mężczyzna, którego hamowanie pociągu wybija właśnie z drzemki, nie pełni już żadnych funkcji oficjalnych. Kiedy zdecydował się przed rokiem na poszukiwanie Vilcabamby - ograniczył do niezbędnego minimum wszelkie inne zajęcia, poza - pracą w archiwum - podstawową dla odkrycia. Nie jest już rektorem. Zadecydował: administrowanie nauką, podobnie jak polityka, nie będzie jego powołaniem. Cafe” – Kawa?
 Na każdym przystanku wciska się do wagonu tłum przekupniów. Cała okolica żyje tu z pasażerów pociągu. Różne osiedla wyspecjalizowały się w poszczególnych daniach. - Podejrzewam- mowię do Edmunda : że mają umowę, iż nie będą robić sobie konkurencji. - Oto bowiem na jednym przystanku sprzedają wyłącznie pszenne chlebki w kształcie placka, na innym - pomarańcze, gdzie indziej banany, to znow prażoną badż gotowaną kukurydzę. Kawa jest mocna, dobrze osłodzona melasą z trzciny cukrowej.
   Po łyku gorącego naparu - Edmundo jest już całkiem rozbudzony. Rozmawia teraz z przekupniami w ich własnym języku kiczua; wybiera tamales na nasze śniadanie. Tamales, złożone ciasno w garnku, przypominają polskie gołąbki, zamiast w kapustę - zawinięte w liście kukurydziane ciasto, przyprawione na słodko lub pikantnie. Ponieważ liście długo zachowują ciepło - Są tamales podstawowym gorącym daniem podróżnego menu w wielu krajach Ameryki Łacińskiej.
 - Jaki był jadłospis Inkow?
 - Zależy - mówi Edmundo - z jakiej pochodzili klasy. Inne było menu dworu, inne chłopskiej chaty. Podstawą pierwszego stanowiła kukurydza, suszone mięso udomowionej lamy; drugie       opierało się przede wszystkim na ziemniaku. W Peru, ojczyźnie ziemniaka, uprawiano wiele jego gatunków, może nawet kilkaset. Najczęściej jedzono ziemniaki gotowane w łupinkach, suszone uprzednio ..... na lodzie.  Kiedy bowiem w wysokich Andach występują przymrozki - ziemia pokrywa się; szronem, nawet lodem. Tak samo dzisiaj Indianie suszą ziemniaki.    Widzieliśmy je na targu w Cusco, maleńkie, pokurczone. Nazywają je chuno. Można je przechowywać przez wiele lat : twierdzi Edmundo - podobnie jak suszone w ten sam sposób mięso lamy. Zachowują nie tylko doskonały smak, lecz i zdolność kiełkowania. Inaczej zapewniali Inkowie trwałość kukurydzy. Gotowano ją i suszono, dzięki czemu można było przechowywać jej ziarna do dziesięciu lat. Kukurydza służyła nie tylko do przygotowywania potraw, sporządzano z niej także napój,- który otrzymał pózniej używaną do dziś, a pochodzącą z Wysp Karaibskich, nazwę chicha.
 
 Używano chichy do celów rytualnych, bogom na ofiarę, ale nie stroniono też od niej przy stole. Oczywiście - dworskim. Sławę wielkiego jej konesera i smakosza zdobył ostatni z wielkich władców imperium,    Wayna Qhapaq, ojciec Atao Wallpy, Waskara i Mango Inga Yupangui. Przekazy twierdzą, że pił chichę za trzech, zachowując ciągle przytomnośc umysłu. Chichę produkowano z kukurydzy. Kobiety żuły najpierw ziarna, wypluwając je następnie do glinianego naczynia: ślina przyspieszała fermentacę. Tak samo preparują dzisiaj chichę Indianie dżungli, najlepiej robią to kobiety bezzębne; mówią, że chicha, którą one przygotowują, najbardziej smakuje - wtraca Halik.
 - Ale przeciez napój przez was uważany za najszlachetniejszy, wino, wytwarza się depcząc winogrona nogami! – replikuje Guillen.
 – Donosili o tym nawet  kronikarze.
    Nie było marnotrawstwa
 Jest coraz cieplej, nie tylko dlatego, że słońce się podnosi, ale spada wysokość. Wciąż jedziemy za bystrym nurtem Urubamby". Nazywali ją Inkowie świętą rzeką, była bowiem jej dolina jednym z głównych spichlerzy imperium.
   Migają za szybami wagonu pola tarasowe. Tu powstały czy też najpierw w Chinach? Kto od kogo przejął wynalazek, który nie mniejszą zapewne odegrał niegdyś rolę niźli dzisiaj "zielona rewolucja"? Najprostszym wydaje się być tłumaczenie, iż podobne warunki i problemy doprowadziły do zbliżonego sposobu ich rozwiązywania, niezależnego w rożnych częściach świata. Zastanawiam się, co by jednak powiedział na to jeden z najbardziej ekscentrycznych historykow Peru. Myślę o Eduardo Habichu, wnuku inżyniera tegoż nazwiska i imienia, polskiego emigranta po powstaniu styczniowym, który założył w Limie, w roku 1889, pierwszą w Ameryce Łacińskiej Wyższą Szkołę Inżynieryjną. Otóż Eduardo Habich - coraz to zadziwia peruwiański świat naukowy zwariowymi teoriami, a jedna z nich głosi, ze starożytni Peruwiańczycy mniej więcej około 1800 roku pne. odwiedzili Chiny, przekazując ich mieszkańcom osiągnięcia swojej, wyższej w owym czasie cywilizacji. Może zatem i wynalazek pól tarasowych?. Teoria wnuka polskiego inżyniera kojarzy mi się z atrakcyjnymi hipotezami fantasty, Ericha von Danikena, autora stawnych "Wspomnień z przyszłości". Tyle że Daniken wszystko co w cywilizacji niezrozumiałe przypisywał interwencji przybyszów z wyżej rozwiniętego kosmosu, zaś Habich - Peruwiańczykom.
    Także Guillen opowiada o tym, co wnieśli dawniej mieszkańcy jego kraju w przyspieszenie postępu ekonomicznego. Wiele ich doświadczeń - jest o tym przekonany - przydałoby się współczesnej Europie. Na przykład, wcześniej niźli w Starym Świecie znano tu studnie artezyjskie. Znakomicie był rozwinięty system kanałów nawadniających, zwłaszcza na pustynnym wybrzeżu, By wzbogacić glebę - używano nawozów: w górach – były  nimi odchody lam, alpak i wikuni, w nadmorskim regionie - ryby. Tak czy inaczej, gdziekolwiek po raz pierwszy zaczęto stosować ten system: w Chinach czy też w Peru - tarasowanie pól odgrywało wielką rolę w ówczesnym rolnictwie. Tarasy nie tylko powiększały powierzchnię ziemi uprawnej, pozwalając na zagospodarowanie stoków górskich. Zatrzymywały wodę, zapobiegając wymywaniu przez nią cennych soli mineralnych.
   Podejrzewam, że nie ma dla Edmunda rzeczy, w której by Inkowie nie byli najlepsi. Przynajmniej - w swoim czasie. Pewne ich osiągnięcia - twierdzi - mogłyby być modelem także dla współczesnego świata. Czy występowałyby kryzysy żywnościowe, gdybyśmy, jak Inkowie, myśleli o jutrze? Każdy chłop inkaski składał swojej władzy dziesięcinę w postaci produktów rolnych. Część z nich przeznaczono na użytek dworu, część magazynowano w państwowych spichlerzach, które zwano tambo. Byty to zapasy na wypadek wojny, klęsk żywiołowych bądż nieurodzaju. To prawda, ze stoły w pałacu były obficiej zastawione niżli w kurnych chatach - nikt jednak w państwie Inków nie głodował. Pola wdów, starców i chorych uprawiali sasiedzi, i to przed swoimi. Kuchnie zaś były wspólne, dla całego rodu. Nie marnotrawiono jedzenia - podkreśla Edmundo - patrząc wymownie na nie dojedzony przeze mnie tamal.
 - A jak Inkowie żywili się w podróży? Mieli karczmy przydrożne? Kupowali żywność? Nie kupowali. Wszystko, nawet jedzenie na drogę, było podporządkowane planowej polityce. Żywność przydzielano w konkretnym miejscu zamieszkania; gdyby chłop inkaski chciał otrzymać ją w innym - groziło to zakłóceniem rownowagi, niedożywieniem. Każdy zabierał zatem w drogę własne jedzenie. I tak jest do dzisiaj.
   Do dzisiaj przetrwał także inny zwyczaj inkaski: Każda wioska ma odmienne kolory albo krój ubrania. Dawniej ­ułatwiało to kontrole ruchu ludności, pozwalało rozpoznać, kto należy do wspólnej miski, kto zaś jest intruzem.   
  
Pociąg zatrzymuje się w Ollantaytambo. Legenda głosi, ze tutaj rozegrał się jeden z najsławniejszych w imperium Inkow dramatów miłosnych.  Znakomity i waleczny generał Ollantay zakochał sie w księżniczce krwi królewskiej, zwanej Gwiazdą Szczęścia. Uczucie było wzajemne, jednak generał pochodził z niższego rodu. O zgodzie władcy nie mogło być mowy, związek bez pozwolenia - stanowił przestępstwo. W każdej jednak części świata legendy mówią, że prawdziwa miłość na wszystko gotowa.
  Ollantay musiał wszakże uciekać; wybudował twierdzę w Ollantaytambo i zbrojnie jej bronił przed gniewem władcy. Przeważnie - mówią legendy – miłość zwycięża. Tak było i w tym wypadku, tyle że po latach, kiedy umarł już władca Pachacuti, a jego miejsce zajął Thopa Yupangui; on to okazał łaskę pokonanemu już generałowi, pozwalając mu połączyć się z ukrywającą się w grocie księżniczką i jak się okazało - od dawna jego żoną, oraz wychowywaną w "domu dziewic" córką Bellą, zwaną także Ima Sumak. 
  Jest to jedna z kilku wersji legendy o generale i księżniczce; których wspomnienie przekazywane z pokolenia na pokolenie wciąż żyje w Ollantaytambo. Nam kojarzyło się to miasto z innymi jednak wydarzeniami. Tutaj, w murach miejscowej fortecy, po odstąpieniu oblężenia Cusco, zatrzymał się ze swoim wojskiem Mango Inga Yupangui. Zdał sobie sprawę, że aby podjąć na nowo walkę z Hiszpanami - musi zebrać siły; najlepiej - w dzikich ostępach, gdzie nie mogłaby go dopaść kawaleria wrogów. W Ollantaytambo kapłani zorganizowali ceremonię pożegnania władcy. Złożyli ofiary bogom, przygotowali do podróży święte idole. Inka starał się pocieszyć lud, który opuszczał. Krótka będzie jego nieobecność, obiecywał. I wierzył w to. Konkwistadorzy Francisco Pizarro i Diego de Almagro byli skłóceni. Stąd nadzieja Manga, że wyniszczą się sami, a choćby osłabią. Postanawia organizować wojnę partyzancką, nękać wojska najeźdźców, zabijać osadników. A na razie - dopóki trop w trop idą za nim wojska Rodrigo Orgoneza - wycofuje się do Vilcabamby.
 Mułem do Puquiury
 
Stolica na Godzinę
   Cosco, Ollantaytambo, Machu Picchu. Jest prawie południe, spędziliśmy w podróży jedną czwartą doby.
   Pociąg gwiżdże stęka trochę, znowu wlecze się powoli, chociaż i tak już opóżniony. Wreszcie, po pół godziny – Chaullay. My zostajemy w Chaullay. Przed stacją tłok. Pora obiadu. Nikt nie wie, o której dotrze do domu ciężarowym autobusem. Raz podróż trwa dwie godziny, a raz pięć. Różna bywa droga. Na przykład - podmokła. A może spadły na nią kamienie i trzeba je usunąć? Zależy też droga od stanu samochodu, od humoru kierowcy. Lepiej, gdy jest w złym nastroju, nie rozmawia wówczas na przystankach z compadres, kumotrami. Kto zresztą wie, czy to naprawdę lepiej? Podróżni tak się znowu nie spieszą - dzieci w domu nie płaczą,  najmłodsze zawsze kobieta ma w płachcie na plecach ze sobą.
   Na wszelki wypadek - lepiej się najeść dobrze. Są anticuchos - szaszłyki z serc wołowych, tak w Peru popularne jak w Polsce bigos. Na drugim straganie - duszona wołowina z ryżem i smażonymi bananami. Staram się zrozumieć o czym mówią przy obiedzie. Rozmawiają w kiczua.. Wprawdzie polski salezjanin, ojciec Szeliga, twierdzi, że istnieją duże podobieństwa pomiędzy językiem Inków, a polskim, widać jednak różnice są większe niżeli zbieżnosci: nie rozumiem ani słowa. -Indianie?
 -Nie Indianie, tu prawie wytącznie mieszkają Metysi - wyjaśnia Edmundo.
 - Ale ich pierwszym językiem, językiem domu jest kiczua; hiszpańskiego uczy ich życie, tylko niektórych szkoła, - Jak się pan miewa, profesorze? - wyrasta przed nami potężna figura mężczyzny w mundurze khaki. Na głowie - czarna czapka z daszkiem, przy pasie - pistolet. Za nim trzech podobnie ubranych młodych policjantów.
 -To pan, pułkowniku? Dzień dobry, jak się pan czuje? - wita się Guillen. Pułkownik i jego zastępca przyjechali specjalnie z Quillabamby by powitać profesora. To ich okręg, duży, cała prowincja Convencion. Okręg niespokojny. To tu, w rejonie Mesa Pelada, w roku 1965 działała partyzantka z najsławniejszymi w Peru jej przywódcami, jak Luis de la Puente, który wkrótce zginął w walce, legendarny prawie Hugo Blanco, Hector Bejar, autor książki "Partyzantka 1965 roku", laureat nagrody kubańskiej Casa de las Americas - Dom Ameryk. Było to wprawdzie w okresie prezydentury Belaunde Terry, ale i teraz, za kadencji generata Meralesa Bermudesa, chodzą słuchy, iż w ostępach Convencion widuje się ludzi, do których władza nie ma zaufania, agitatorów.
   Lepiej przyjrzeć się wyprawie, dwoje w niej cudzoziemców... Warto nawet przydzielić im opiekę. I tak, w Chaullay, nasza ekspedycja powiększa się o dwóch policjantów: Jorge i Cipriano. Cipriano woli, by nazywac go Percy. Młodzi i bardzo do siebie podobni, zrazu rozróżniamy ich jedynie... po pistoletach. Pistolet Percy'ego ma naboje przytwierdzone ozdobnie na wierzchu kabury, podczas kiedy Jorge schował amunicję. Obaj sympatyczni, uczynni: już ładują nasze bagaże na furgonetkę, którą przysłał nam miejscowy oddział reformy rolnej. Ostatnie abrazos, czyli typowe dla Ameryki łacińskiej powitalno-pożegnalne uściski z poklepywaniem się p plecach, ostatnie życzenia gran exito, wielkiego sukcesu ­opuszczamy Chaullay, małe, senne miasteczko Metysów, które dzięki swemu położeniu na skrzyżowaniu dróg, raz dziennie gdy przyjedzie pociąg - staje się na godzinę stolicą regionu.
  Most  Chuquichaca
   Kierunek - Vilcabamba. Wytycza go drogowskaz na zakręcie wypisany dużymi literami. Ejże, Edmundo... ?
- To inna Vilcabamba, tłumaczy Guillen, założona przez Hiszpanów. San Francisco de la Victoria de Vilcabamba. -
- Jak dobrze pójdzie - będziemy w niej za dwa-trzy dni. Leży na naszej trasie, też w obrębie Królestwa Vilcabamby. Potomkowie Inków nazywają ten region królestwem, Hiszpanie uważali go tylko za prowincję. Może dlatego, by nie przydawać mu wagi, bagatelizowali fakt, iż w kraju który uważali już za lenno hiszpańskie, nie tylko trwa opór, ale nie mają wręcz dostępu do znacznej jego połaci. Chyba że Inka, prawowity spadkobierca władzy swoich przodków, pozwoli przejechać ich wysłańcom, przez most Chuquichaca. Zbliżamy się właśnie do tego mostu, który oddzielał niegdyś władztwo Inków od ziem rządzonych przez Hiszpanów. Najpierw był wiszący, za czasow kolonii kamienny, teraz - betonowy Płynie pod nim święta Urubamba. Najsławniejszy to most w Peru, strażnik Vilcabamby i świadek jej dziejów. Tędy w roku 1537 wycofał się ze swoją armią Mango Inga Yupangui, a w ślad za nim zdążał Rodrigo de Orgoniez. Dwa lata później przeprawiał się przez most Chuquichaca oddział Gonzalo Pizarro, brata Francisco. Był pewny, że i te ziemie zdobędzie dla hiszpańskiej korony, a Inkę przywlecze w łańcuchach do Cusco.
   Tymczasem Mango Inga Yupangui rozbił pod Chuquillusca siły Gonzalo i zaszył się głębiej w dżunglę. Słali przez most Chuquichaca swoich posłów do Inki kolejni wicekrólowie hiszpańscy. Mieli wprawdzie w Cusco marionetkowego władcę Paullu, którego, podobnie jak póżniej jego następców, koronowali, aby łatwiej rządzić podbitymi; jednak dla ludu i dla patriotycznej szlachty prawdziwyni przywódcą  imperium był wciąż Inka z Vicabamby, symbol władzy legalnej, nadzieja na odzyskanie niepodległości. Hiszpanie wiedzieli: dopóki go nie zabiją, bądż nie zmuszą do współpracy – kraj nie jest w ich ręku. Nie uśmiechała im się walka w dżungli, woleli przekupić Inkę. Jeśli zgodzi się przybyć do Cuzco i zawrzeć przymierze – otrzyma koronę, pałac, przywileje, lenna, wysoki dochód roczny. Inka – czy to Mango Inga Yupangui, czy też później syn jego Titu Cusi – petraktował, obiecywał, przeciągał rokowania by zyskać na czasie - i wciąż siedział w Vilcabambie, rezygnując z obiecanego dostatku, choć go na pewno brakowało na wygnaniu. Raz wydawało się nawet, że dyplomatyczne wysiłki Hiszpanów przyniosły rezultaty. Oto, po śmierci Manga, zdecydowano się wysłać do Cusco jego syna, Sayri Thopa, którego Mango mianował następcą. Był to jednak podstęp - twierdzi Guillen. Bowiem Sayri – słaby, ustępliwy, delikatnego zdrowia – nie nadawał się, zdaniem inkaskich generałów­ na wodza w twardej wojnie przeciwko Hiszpanom.
  Gdy go im oddadzą, można będzie przekazać rządy jego bratu Titu Cusi: jest dzielny, sprytny, wierny swoim ojcom. Wyprawiają więc Sayri do dawnej stolicy, ale bez przepaski królewskiej - symbolu władzy. Wkrótce umrze w Dolinie Yucay, gdzie Hiszpanie przyznali mu lenno. Tymczasem Titu Cusi Yupangui nadal prowadzi rokowania - wojnę dyplomatyczną. Pozornie - podatny jest i skłonny przyjąć hiszpańskie propozycje. W roku 1565 spotyka się osobiście z Juanem de Matienzo, by omówić warunki pokoju. Na moście Chuquichaca. W rok później zostaje zawarty pokoj w Acobamba, ratyfikowany w roku następnym. Za pewne ustępstwa i obietnice ze strony Hiszpanów, Inka podpisuje dokument, który stwierdza, iż królestwo Vilcabamby będzie odtąd lennem hiszpańskiej Korony. Nie oznacza to praktycznie żadnych zmian. Titu Cusi pozwala wprawdzie wjechać w granice państwa in­spektorowi hiszpańskiemu, którym był Diego Rodriguez de Figueroa, wyraża zgodę na pracę misyjną dwóch zakonnikow - ­Martina Garcia i Diego de Ortiz, ale to już wszystko. Ani myśli o opuszczeniu Vilcabamby, a to był jeden z głównych warunków układu. Hiszpanie czują się oszukani.
   Potrzebny jest im pretekst do złamania umowy i podjęcia wojny. Znowu most Chuquichaca będzie świadkiem historycznych wydarzeń. Jest już rok 1572, wiosna. Hiszpanie nie wiedzą, że Titu Cusi Yupangui nie żyje od kilku miesięcy i wysyłają doń kolejnego posła. Jest nim Atilano de Anaya. Wiezie ratyfikowany prze króla Filipa traktat z Acobamba i zezwolenie papieskie, aby ochrzczony brat władcy, Quispe Titu, mogł pojąć za żonę swoją, bratanicę - Beatriz Clara Coya. Następcą Titu jest Thopa Amaru który sprzyja Hiszpanom mniej jeszcze niżli zmarły brat. Wielu inkaskich generałów było niezadowolonych z zawarcia pokoju;  bardziej honorowym, godnym rozwiązaniem wydaje się im wojna. Most Chuquichaca zostaje zamknięty. Nie przepuści już - postanowiono - żadnego Hiszpana. I oto w marcu, gdy zakończyła się pora deszczów, przejeżdża przez most Atilano de Anaya. Straże mają jednakże polecenie: nie przepuszczac nikogo. A rokować – wiedzą – władca już nie będzie. Poseł zostaje zabity. Wicekról Francisco de Toledo ma wreszcie upragniony pretekst. Ogłasza zaciąg. Powszechną mobilizację. W koncu maja 1572 roku przechodzi przez most Chuquichaca wojsko hiszpańskie pod wodzą generała Martina Hurtado de Arbieto. 250 żołnierzy, konie, arkebuzy, 1500 specjalnie wy­ćwiczonych indianskich sojuszników. Drugi oddział wkroczy w granice królestwa od strony Abancay, trzeci - przez dolinę Apurimac.
   Wojna.

  10 Lipiec, 1976 
 Tekst i Foto: Elzbieta Dzikowska
    Przedruk za zgoda autorki
 

                                                                    CZĘŚĆ 1 

                                                                    CZĘŚĆ 2

                                                                    CZĘŚĆ 3 

                                                                  CZĘŚĆ 4

OSTATNIE ARTYKUŁY:
01 - Vicabamba - Ostatnia....
02 - Vilcabamba - Ostatnia...
03 - Vilcabamba - Ostatnia...
04 - Vilcabamba - Ostatnia...
05 - Vilcabamba - Ostatnia....