Przygoda z Naturą

WĘDKOWANIE W POLSCE - 2013

          Już, jako 9 -10 letni chłopak „zarażony” zostałem wędkarstwem, a to za przyczyną lokatora mieszkającego w domu rodziców, przedwojennego jeszcze wędkarza - pana Witolda Chłopickiego. Jak na początki lat pięćdziesiątych, posiadał on „prawdziwy” sprzęt wędkarski – bambusowe wędki, żyłki, kołowrotki i haczyki, które to akcesoria wzbudzały we mnie i moim braciReliga - nad Wisla w Sandomierzu-Debinae bliźniaku (Jacku) niewyobrażalny zachwyt.
    Pan Chłopicki po paru latach podarował nam jedną ze swoich bambusowych wędek, która wkrótce ku naszej rozpaczy została nam ukradziona podczas wędkowania nad Wisłą w Sandomierzu. A nasz młodzieńczy wówczas „sprzęt” wędkarski (lata 50-te) to: leszczynowa wędka, wycięta z dzikich krzewów porastających wzgórze w pobliżu naszego rodzinnego domu, „żyłka” z końskiego włosia (wyrywanego z ogona, z narżeniem się na kopnięcie), przyczepionego do końcówki leszczynowego kija. Natomiast za haczyk służyła nam zagięta szpilka podarowana nam przez mamę, która zajmowała się trochę krawiectwem. Oczywiście mama dawała nam prostą szpilkę, a my ją wyginaliśmy i używali do wędkowania. Wiele płotek, okonków, karpi i innych rybek uwalniało się z „tego haczyka”, gdyż szpilka nie posiadała zadziorka na końcu.
    Wędkowaliśmy wtedy tylko na Wiśle, przybrzeżnych łachach i stawach w okolicy Sandomierza bo w najśmielszych młodzieńczych marzeniach, nie przypuszczałem, że będę w przyszłości wędkował .....nawet na Alasce.
    Później losy życiowe zawiodły mnie na inne kontynenty do różnych krajów, gdzie oczywiście z zapałem kontynuowałem swoje wędkarskie hobby, nie zawsze „akceptowane” przez moją towarzyszkę życia – Ewę. Wędkowałem z różnym skutkiem, ale jak wielokrotnie powtarzam, oprócz zwędkowania taaaaaaakiej ryby, dla mnie chyba najważniejszym jest obcowanie z naturą, której widoki wschodów i zachodów słońca nad wodą, świergot ptactwa oraz podziwianie flory i fauny zostawia w pamięci niezatarte i najważniejsze wspomnienia. A i towarzystwo wspaniałych kolegów wędkarzy, też „ubarwia” te wędkarskie wyprawy.
    Już od paru lat mam okazję przyjeżdżać do mojego ukochanego Sandomierza na dłużej i jako członek koła wędkarskiego (Nr 1) w tym mieście, wyruszam na wędkarskie łowy nad Wisłę, najczęściej z moim szwagrem (mąż mojej siostry Marianny) – Jankiem Religą. Nie inaczej, więc było i w tym roku, kiedy mój pobyt w Polsce zaplanowaliśmy (z Ewą) od 17 sierpnia, (Ewa od 30 sierpnia) do 12 listopada 2013. To pozwoliło mi na „spokojne” spędzanie czasu nad Wisłą bez przysłowiowego „brzęczenia” nad uchem, czyli „ingerencji osób trzecich”. Nie ukrywam, że tę dwutygodniową „labę wędkarską”, wspominam najmilej podczas tegorocznego pobytu w Polsce. Wiem ile w tym momencie zazdrości wzbudzam wśród moich kolegów „po kiju”, którzy marzą o takim wędkowaniu od dawna! No ale wracajmy do mojego wędkowania w Polsce.
    Już po kilku dniach pobytu, po opłaceniu karty wędkarskiej i uzupełnieniu mojego sprzętu wędkarskiego, który przechowuję na stałe w Polsce, wybrałem się ze szwagrem wczesnym sierpniowym popołudniem na wędkowanie na Wiśle w Sandomierzu, w rejonie mostu kołowego od strony dzielnicy Nadbrzezie (przy ujściu kanału portowego do Wisły). Wędkujemy metodą gruntową z koszyczkiem zanętowym (przyczepionym tuż nad krętlikiem), a jako zanęty używałem białe robaki lub pinki (różowo-czerwone).
    Teleskopowe wędzisko (4.5 m) z kołowrotkiem spinningowym, linka o wytrzymałości 10 kg, i cienkim przyponem (1.5 kg) z haczykiem firmy Gamakatsu na drobną rybę (leszcz, krąp, płotka, certa, świnka). Koszyczki zanętowe mogą być plastikowe, ale wtedy trzeba dokładać do całego zestawu ciężarek. Można zamiast plastikowych, używać koszyczki z metalu, służące jednocześnie za ciężarek. Ja na Wiśle używałem koszyczki (ciężarki) od 40 do 100 g, w zależności od siły ciągu wody w danym łowisku. Koszyczek przed wyrzuceniem na łowisko, napełniałem mokrą karmą leszczową (gotowa, kupowana w sklepach) wymieszaną z pinkami i białymi robakami.
   Od czasu do czasu, na granicy stojącej wody i głównego nurtu zanęcamy kulami z gotową przynętą na leszcze. Ale mimo upływającego czasu, „w tempie” raz na godzinę, wyciągamy jakieś „maleństwo”, które z powrotem wraca do wody.
    Decyduję się więc poświęcić trochę czasu na spinningowanie. Potykając się o masę śmieci (plastykowe butelki i torebki, butelki po piwie, słoiki) pozostawione przez „prawdziwych” miłośników przyrody, jakimi są rzekomo niektórzy wędkarze, docieram na koniec tamy wrzynającej się ostro w główny nurt Wisły. To tam w zeszłym roku w październiku, spięły mi się z blachy dwa niezłe szczupaki, których długo nie mogłem „przetrawić”. Ale dzisiaj mimo, sprzyjającej pogody, dobrego stanu wody, obiecującej zatoczki za główką tamy i „chlapiącej” się weń drobnicy (uklejek), po godzinie „obrzucania” blachą wód rzeki, rezygnuję z dalszego spinningowania. Także wędkowanie z gruntu, nie przynosi spodziewanych rezultatów, więc po kilku godzinach, kończymy dzisiejsze wędkowanie
    Jeszcze niejednokrotnie, mój szwagier wędkował na tym miejscu, kiedy ja byłem nad Bałtykiem i wyniki były zdecydowanie lepsze (spore wymiarowe leszcze, okonie i krąpie).
    A my po tym nieudanym wędkowaniu postanawiamy zmienić miejsce i przez kolejnych kilka dni rano, wędkowaliśmy na odcinku Wisły zwanym – „Dębiną”. Jest ono zlokalizowane na prawobrzeżnym odcinku rzeki, tuż przed mostem kolejowym. Pamiętam to miejsce jeszcze z dzieciństwa, kiedy to przy brzegu w bliskości nurtu, wędkowało się na przepływankę wspaniałe leszcze, krąpie, certy i płocie.
    Teraz wędkujemy na gruntówki, rzucając nasze przynęty daleko od brzegu (30-40 m), aby trafić w nurt rzeki, gdyż przy brzegu żerują tylko uklejki. Przez kilka dni wędkujemy z różnym skutkiem, najczęściej małe leszcze i krąpie. Podczas jednego z takich wędkowań, wyciągnąłem niewymiarową certę (28 cm) i wrzuciłem do siatki zanurzonej w wodzie, aby na koniec wędkowania, zrobić jej przed uwolnieniem zdjęcie, które zamierzałem wykorzystać w tym artykule.
    Niestety, kiedy już miałem zakończyć ze szwagrem wędkowanie i pójść po aparat do samochodu, zostaliśmy skontrolowani przez strażników wodnych. Moje wyjaśnienia nie przekonały jednego z nich i zostałem „obdarzony” mandatem w wysokości 100 PLN. Certa powędrowała do wody – niestety bez „pozowania” do fotografii.
  Swit na Baltyku  Myślę, że już po napisaniu tego artykułu, niejednokrotnie jeszcze będę wędkował w tym miejscu i mam nadzieję, że z lepszym skutkiem.
    Już do końca urlopu nie wróciłem na to miejsce, ale za to jeszcze kilkakrotnie wędkowałem na pierwszej tamie od mostu drogowego w dół rzeki, na prawym brzegu Wisły (tuż za ujściem wspomnianego kanału portowego) – z mizernym skutkiem. Ale dzień 21 października „osłodził” nieco moje poprzednie wędkowania. Przy ładnej słonecznej pogodzie (temp. 17 – 19 stopni Celsjusza i północno-zachodnim wiaterku), wędkowałem na grunt, wyrzucając przynętę na odległość 40 – 60 m na granicy nurtu i spokojnej wody. Jedna wędka na białe robaczki, a druga zaopatrzona na haczyku w pinki. Brania były jednakowe na obydwie. Rezultat dwugodzinnego wędkowania, to 3 leszcze (27 – 30cm) oraz 5 mniejszych nieco krąpi. Szwagra niewymiarowa brzanka, powędrowała z powrotem do wody, machając na pożegnanie radośnie ogonkiem i przyrzekając sobie zapewne większą uwagę, podczas „spożywania” śniadania.
    O wędkowaniu na Pojezierzu Mazurskim myślałem od dawna, gdyż w swojej długiej karierze wędkarskiej, nie miałem nigdy okazji wędkować na przepięknych mazurskich akwenach. W tym roku pojawiła się taka okazja, choć….. nie do końca satysfakcjonująca moje wędkarskie ambicje. Piątego września, w drodze do Kołobrzegu, odwiedzamy na zaproszenie naszych przyjaciół, ich agroturystyczne gospodarstwo, Guzowy Młyn (koło Olsztynka na Pojezierzu Olsztyńskim) - www.Guzowy-mlyn.pl. Przepięknie położone w lasach, nad małą rzeczką Młynówką wpadającą do jeziora Sarąg, 15-hektarowe gospodarstwo posiada na swoim terenie dwa połączone ze sobą stawy, prowadzone na dziko (bez interwencji w ich linię brzegową). A w stawach.….muszą być rybki. Stawy te, są do dyspozycji tylko tych wędkarzy, którzy spędzają tu wczasy.
    Dzięki uprzejmości Elżbiety i Sławka (właścicieli tego gospodarstwa) szóstego września, także i ja miałem okazję wędkować na tych stawach. Uzbrojony w lekką wędkę spławikową, przez godzinę wyciągam dorodne płocie, które wracają szczęśliwe z powrotem do wody. Po tej rozgrzewce, postanawiam spinningować, licząc na jakiś ładny okaz szczupaka, których parę wyłowionych uprzednio przez wczasowiczów, miałem okazję oglądać na zdjęciach. Spinninguję na gumy i wirówki, lecz tylko z pojedynczym haczykiem, ponieważ gospodarz, nie chciał, aby niewymiarowe szczupaki trafiały z powrotem do wody, nazbyt pokaleczone. Niestety, tym razem żaden z nich nie zaatakował przynęty, więc po półtoragodzinnym spinningowaniu obu stawów, zrezygnowałem.
   Postanowiłem więc zwędkować jakiegoś przyzwoitego karpia, bo podczas spinningowania, widziałem kilka żerujących koło krzaka przy połączeniu obu stawów. Nie miałem ze sobą drugiej wędki, więc decyduję się na wędkowanie karpi tą samą wędką, którą używałem na płotki, a która była zarzucona do wody z przynętą podczas kiedy ja spinningowałem. Po jej wyciągnięciu z wody okazało się, że podczas spinningowania nastąpiło branie karpiowe, gdyż przypon był zerwany. Zakładam więc nowy przypon (0.16 mm) z haczykiem firmy Gamakatsu (różowy nr 6), a na haczyk nadziewam trzy ziarenka kukurydzy z puszki.
    Wędkowanie rozpoczynam na pierwszym stawie po przeciwległej stronie przekopu, który łączy oba stawy. Przez godzinę nie ma żadnej reakcji karpia, dlatego zmieniam łowisko udając się w miejsce, gdzie żerowały karpie w czasie mojego spinningowania. Już podczas drugiego zarzucenia, spławik zaczyna się przesuwać, lekko chybotać, podtapiać aby w pewnym momencie zniknąć pod powierzchnią wody. Lekko podcinam i od razu czuję silny opór na wędce. Jednocześnie rejestruję szybkie wysnuwanie linki przez walczącą o życie rybę. Mam dylemat czy zrezygnować z karpia od razu, bo wiem, że może on zerwać przypon w każdej chwili, czy też zaryzykować i starać się go wyciągnąć. Decyduję się na to drugie rozwiązanie. Staram się bardzo uważnie dostosować hamulec kołowrotka do naprężeń żyłki przez walczącą rybę. Jednocześnie w momencie gwałtownych szarpnięć, pozwalam końcówce wędki poddawać się zginaniu aby amortyzować siłę walczącego karpia. Najgroźniejsze momenty przeżywam, kiedy ryba ciągnie cały zestaw w kierunku wodnej roślinności i krzaków wyrastających tuż przy brzegu z wody. Wtedy lekko ryzykując przytrzymuję nieco wysnuwanie się żyłki.
    Po kilku takich manewrach czuję, że opór ryby nieco słabnie, aby wreszcie po dwudziestu minutach podholować ją tuż pod powierzchnię wody. Ponieważ obie ręce mam zajęte (trzymaniem wędki i regulacją hamulca), a ze względu na wysoki brzeg nie mogę wyholować karpia na trawę, decyduję się na bardzo ryzykowną rzecz – proszę o podebranie podbierakiem, dyndającej na końcu zestawu zdobyczy..… moją „asystentkę” (żonę).
    Dlaczego ryzykowną? Dlatego, że Ewa nigdy wcześniej tego nie robiła. Jej doświadczenie w podbieraniu to podbieranie sitkiem…..pierogów z garczka - zresztą bardzo smacznych. To „kulinarne doświadczenie” wyraźniej jej jednak pomogło, bo kiedy podholowałem rybę po raz pierwszy blisko brzegu, Ewa….błyskawicznie i z wielką wprawą, za pierwszym podebraniem, ulokowała karpia w podbieraku! Pomogłem jej tylko wyciągnąć podbierak (z rybą oczywiście) na stromy brzeg, bo jak się okazało po zmierzeniu, piękny okaz karpia mierzył sobie 73 cm!
    Satysfakcja tym większa, bo to był mój pierwszy zwędkowany karp od kilkunastu lat, kiedy to wraz z synem i bratem wędkowaliśmy na te ryby na Delaware River w stanie New Jersey. Przerwa długa, bo jednak nie gustuję zbytnio w wędkowaniu tego gatunku ryb. Radość z tego powodu troszkę była przyćmiona faktem, iż był zwędkowany w stawie, gdzie łatwiej go „namówić” na przekąskę, ale wyholowanie go na tak cieniutki zestaw dawało odrobinę satysfakcji z całego wydarzenia.
    A już dzień później, 7 września kierujemy się do Kołobrzegu, gdzie wspólnie z moim kolegą Andrzejem i jego żoną Barbarą, z którymi nie widzieliśmy się od 45 lat (od czasów studenckich), spędzimy tegoroczne wakacje nad morzem.    Oczywiście dla mnie morze, oprócz plażowania, kąpieli, spacerów, smażonych pysznych śledzi, uroku nadmorskich miejscowości czy też niezapomnianych zachodów i wschodów słońca, kojarzyć się będzie z wędkowaniem
    Od lat marzyłem o wędkowaniu dorszy w Bałtyku. Mimo, że corocznie wędkuję z kolegami dużo dorszy w USA, to Bałtyk intrygował mnie od momentu, kiedy amatorskie wędkowanie z kutra w morzu jest w ofertach usług dla wędkarzy. Ofert tych wzdłuż wybrzeża Bałtyku jest do „wyboru do koloru”.
   Dlatego od początku pobytu w Kołobrzegu wertuję wędkarskie oferty, a jest ich bardzo dużo – 9, 11, 17-to godzinne, a nawet dwudniowe. Na początku września, ruch turystyczny w Kołobrzegu nie jest już taki „tłoczny” jak w wakacje, w związku z tym i amatorów wędkowania jest znacznie mniej. Dlatego z braku chętnych decyduję się z Andrzejem (usilnie namówionym przeze mnie do jego drugiego w życiu wędkowania) na dostępny (11 wrzesień) akurat siedemnastogodzinny rejs, na kutrze o nazwie „Globtroter”. Termin ten został w ostatnim momencie przesunięty na 12 września, bo jak wyjaśniał przyjmujący rezerwację… ktoś, gdzieś się pomylił – dobrze, że nie o miesiąc! Cena za taki rejs wynosiła 300 PLN i dodatkowo 20 PLN za wypożyczenie wędki.    Cenę rejsu podaję tylko „na ucho” dla wędkarzy, aby ich wspaniałe małżonki nie podsłuchały, co zapewne zakończyłoby się odpowiednimi restrykcjami z ich strony i rozczarowaniem szyprów (kapitanów kutrów).
     Sam kuter, odnowiony i przystosowany dla wędkarzy, prezentuje się bardzo dobrze. Czysty, z dobrze zaopatrzonym zapleczem kuchennym, schludną łazienką oraz 14 miejscami do spania, może zaspokoić gusta wszystkich wędkarzy.
    Przez telefon uzgadniamy z kapitanem, że 19 września o 23:30 mamy się stawić na kutrze zakotwiczonym w portowym basenie w Kołobrzegu. Z Andrzejem jesteśmy w porcie już o godzinie 23, a mimo to zabrakło dla nas koi, o czym kapitan nas nie uprzedził przed dokonaniem rezerwacji. Mimo to decydujemy się na rejs, gdyż był to jedyny wolny termin wędkowania przed zakończeniem urlopu w Kołobrzegu.
     Całe szczęście, że kanapy przy kuchennym stole były na tyle wygodne i wolne, więc po wieczornej herbatce układamy się na nich do snu. Pecha miał ostatni wędkarz, który „zaokrętował” się po nas, gdyż miejsce do spania, było dla niego na podłodze między kuchnią i łazienką. No cóż... wędkarze potrafią z cierpliwością znieść trudy rejsu, mając nadzieję na czekające ich dobre wędkowanie. Choć w tym przypadku…
    Ale nie uprzedzajmy wydarzeń. Po sześciogodzinnym przemierzaniu Bałtyku w kierunku Bornholmu (duńska wyspa), wreszcie kuter zwalnia. To sygnał, że wkrótce zaczniemy wędkowanie. Kucharz drażni nasze powonienia zapachem jajecznicy na boczku i aromatycznym zapachem kawy ulatniającym się z expressowego „zaparzacza”. Do tego przepyszny chleb, nabiał i wędliny. Wszystko to bez limitu, smakuje wyśmienicie.
    Także drugie śniadanie, obiad (pyszna golonka z piwem) i kolacja, potwierdziły, że kuchnia podczas tego rejsu, spisywała się znakomicie!
    Czas na wędkowanie. Na początek uwiązuję do mojej linki żółtego pilkera a nad nim pojedyńczy haczyk z piórkirm. Na dalekim horyzoncie piękny wschód słońca, wynurzający się zza granicy dnia i nocy. Czerwono-pomarańczowa kula zrazu niechętnie wznosi się w górę nieboskłonu, aby po kilku godzinach już żwawo patrzeć na nas z góry, wśród złotego blasku otaczającego słoneczną tarczę. Lekka fala z delikatnym zefirkiem zwiastują pogodny dzień.
    Na dany znak wysłany z kapitańskiej sterówki (po ustawieniu kutra w dryf), opuszczamy nasze wędki ze sztuczną przynętą (pilkery i pojedynczy haczyk z plastykowym ogonkiem nad nim) na dno, gdzie powinny czekać na nie zgłodniałe dorsze. Głębokość wody od 40 do 60 m, będzie nam towarzyszyła podczas całego wędkowania. Spodziewałem się natychmiastowych i gwałtownych brań, ale w miarę upływającego czasu, zaczynałem tracić nadzieję na dobre wędkowanie. Kilka razy zaczepiłem zestawem o kamieniste dno, ale udało mi się uwolnić bez zerwania żyłki. Natomiast kiedy jeden raz poprosiłem o to załoganta, ten po kilku minutach szarpania się z wędką , ułamał ja w połowie próbując obarczyć odpowiedzialnością za to…..mnie. Na szczęście, szybko się z tego wycofał. Po dwu godzinach wędkowania, pierwszy (i jak się okazało jedyny) dorsz, dał się skusić na mojego pilkera, mimo, że zmieniałem je bardzo często chcąc „dogodzić” dorszom co do ich koloru i kształtu. Pomimo, że przekroczył limit, to nie mógł mnie usatysfakcjonować. Próbowałem też na „gumę”, ale także bez skutku.
    Andrzej, mimo swojego morskiego debiutu wędkarskiego, zaliczył w czasie całego wędkowania dwa dorsze niewiele większe od mojego. Kapitan, podczas całego okresu wędkowania, zmieniał bardzo często pozycje (będąc nawet kilkakrotnie w zasięgu wzrokowym od Bornholmu), szukając dużej ławicy dorszy. Nie na wiele się to jednak zdało, gdyż po zakończeniu wędkowania o 5 pm, pozostali wędkarze na kutrze mogli się pochwalić co najwyżej czterema dorszami. To był jednak zły dzień na dorsze, przyznał po wpłynięciu do portu kapitan, udzielając nam rabatu na następny tegoroczny rejs. Dzięki kapitanie ale z przyczyn technicznych (wyjazd do USA), nie będę mógł skorzystać z tego zaproszenia.
    Do ośrodka wczasowego wracamy przed północą i pomimo mizernych wyników, cieszę się, że kolejne moje marzenie wędkarskie, wędkowanie dorsza na Bałtyku, zostało zrealizowane mimo kilkunastoletniego opóźnienia planów. A za rok? Czeka mnie kolejne jeszcze niezrealizowane marzenie – wędkowanie w Norwegii!!    Ale wcześniej, bo w listopadzie tego roku – wędkowanie w Panamie! Oby Niebiosa i „osobista sekretarka” na to pozwoliły!

  Październik, 2013   

 Tekst i Foto: Józef Kołodzie
 Korekta: mgr Krystyna Sawa   
 www.przygodaznatura.com

Artykuł ten był drukowany w Tygodniku „PLUS” – od 9-grudzień-2013 do 6-luty-2014 roku.
 Przedruk za zgodą redakcji Tygodnika „Plus”.
 www.tygodnikplus.com
 

 

OSTATNIE ARTYKUŁY:
Barakudy z Bahamas
Wędkowanie na Wyspach...
W Pogoni za Makrelą
Długi Łososiowy Szlak
Halibuty z Alaski
Tęczaki z Lake Erie
Szczupaki z Lake Champlain
Dorsze z Massachusetts
Wędkowanie na Gulf Stream
Barakudy z Meksyku
Wędkowanie w Trókącie Ber..
Wędkowanie w Kostaryce
Fluke z New Jersey - USA
Wędkowanie na Kubie
Wędkowanie Tautog - USA
Zimne wędkowania - USA
Królewska Ryba - Łosoś
Wybrzeże Tuńczyków...
Wędkowanie w Polsce-2013
Wędkowanie - Floryda-2013
Black Sea Bass - 2010