Przygoda z Naturą

ZBIORNIK MAZIARNIA - 2014   

Zawsze podczas corocznych pobytów w Polsce, staram się nie rozstawać z moim ulubionym hobby czyli wędkarstwem. Na dźwięk tego słowa niektórzy znacząco pukają się w czoło ale to nie na moim czole później zostanie siniak. Nie inaczej było i w tym roku, kiedy po uzupełnieniu sprzętu wędkarskiego (wędki – marki: Mikado Taurus 3.9m, siatki na ryby, podbieraka - 2.7m) już po kilku dniach postanowiłem wybrać się na ryby wraz z moim szwagrem Janem Religą. Niestety, ale tradycyjny akwen na którym zawsze wędkowaliśmy czyli królowa polskich rzek – Wisła, ze względu na permanentnie wysoki stan wody nie dawał możliwości wędkowania w jej brunatnych wodach. Pozalewane tamy w okolicy Sandomierza oraz ciągłe deszcze na południu Polski rozwiały wszelkie nadzieje na wędkowanie w najbliższym czasie na tej rzece. Taki stan trwał zresztą do końca września.
    Dlatego po uiszczeniu dopłaty na zbiorniki znajdujące się pod kuratelą Zarządu Okręgu PZW w Tarnobrzegu, postanowiliśmy powędkować na nich.
    Ale na pierwsze wędkowanie wybraliśmy się w lipcu na prywatny stawy w Zawidzy koło Osieka (woj. Świętokrzyskie), gdzie głównym gatunkiem ryb w nich hodowanych, są karpie.  Razem z nami zdecydował się na tą wędkarską wyprawę Piotr Religa (wnuk mojego szwagra), który od zaledwie kilku tygodni, stał się zapalonym wędkarzem. Wędkujemy metodą spławikową a j ako przynęty, używamy kukurydzy z puszki.02- Pierwszy karp autora zwedkowany na tym zbiorniku Koło naszych spławików, oraz na całym stawie, karpie bezczelnie baraszkowały tuż pod powierzchnią wody, skutecznie ignorując podsuwane im pod nos kukurydziane smakołyki. Morderczy upał (35 stopni C), oraz brak efektów wędkarskich - bo trudno do nich zaliczyć małego karpika zwędkowanego przez szwagra, zmusiły nas do rezygnacji z wędkowania.
    Obiecywaliśmy tu wrócić innym razem wcześnie rano, kiedy temperatura powietrza nie będzie taka dokuczliwa a i karpie będą bardzie głodne.
    Skończyło się na obiecankach bo dzięki mojemu koledze po „kiju” i długoletniemu sąsiadowi „zza płota” (mieszka po drugiej stronie uliczki Andrzeja Struga, naprzeciwko mojego rodzinnego domu) Aleksandrowi Śliwowskiemu, zdecydowaliśmy się na wędkowanie na zbiorniku Maziarnia (na rzeczce Łęg) koło Wilczej Woli (blisko Nowej Dęby –woj. Podkarpackie). Muszę kilka słów wspomnieć o Aleksandrze bo jest on znakomitym wędkarzem, członkiem koła Wędkarskiego Nr. 1 w Sandomierzu. Wędkarstwa uczył go jego ojciec - Mieczysław, który 80 lat temu był współzałożycielem wyżej wspomnianego koła razem między innymi z panami: Bienussa, Schnerch, Cyrkler. Aleksander (Olek) to były kilkukrotny mistrz w wędkarstwie spławikowym i muchowym Polskiego Związku Wędkarskiego - Okręg Tarnobrzeg. Także kilkukrotnie występował w mistrzostwach (wędkarstwo spławikowe) Polski uzyskując najlepsze miejsce piąte w tej dyscyplinie. Jest też zwyciężcą bardzo wielu zawodów wędkarskich na szczeblu PZW Okręgu Tarnobrzeg i PZW Koła Sandomierskiego.
    Decyzja Olka przekonała nas i już 31 lipca 2014 roku natarczywy dzwonek telefonu od szwagra przed 2 godziną w nocy, zmusza mnie do opuszczenia ciepłego łóżeczka (czego bardzo nie lubię). Po wypiciu kubka porannej kawy, która usuwa resztki śpiocha z mojego organizmu i po zapakowaniu sprzętu wędkarskiego, zabieram resztę chętnych (szwagier, Piotr i Olek) na wędkowanie. W nocy ruch na drogach jest niewielki więc po godzinie jazdy, przez Tarnobrzeg, Nową Dębę i Majdan, docieramy do Zbiornika Maziarnia. Nie oczekujemy  bardzo dobrego wędkowania bo po zeszłorocznym niedbałym spuszczeniu wód (w październiku 2013) z tego zbiornika w ramach przeglądu tamy, wiele ryb uciekło z prądem wody przez zaporę w dół rzeki Łęg do Wisły.
    Unoszące się małe kłęby oparów nad zbiornikiem i lasem na przeciwległym brzegu, oraz absolutna cisza, wynagradzają nam niepewność wędkowania. Nie wędkowałem na tym zbiorniku od kilku lat, więc korzystam z rad Olka co do uzbrojenia wędki. Zanętę z różnych gotowych produktów zakupionych w sklepie wędkarskim, Olek przygotował dzień wcześniej. Więc, jeszcze przed rozpoczęciem wędkowania za pomocą koszyczka zanętowego staram się wyrzucić zanętę na maksymalną odległość (60 – 80m) od brzegu, tam gdzie powinna gromadzić się ryba w korycie rzeki Łęg.
   To właśnie mały spadek dna zbiornika w kierunku koryta, zmusza nas do wędkowania tak daleko od brzegu. Zgodnie z regulaminem wędkujemy tylko na dwie wędki. Metoda gruntowa z koszyczkiem zanętowym (zamiast ciężarka) o wadze 40, 50 lub 60 gram to jedyna właściwa metoda na tym zbiorniku i na ten gatunek ryb,  bo wędkowanie spławikowe ze względu na przybrzeżną płyciznę, nie wchodzi absolutnie w rachubę. Jako główną żyłkę używam plecionki (0.2) o wytrzymałości 20 kg, oraz haczyków nr. 6 lub 8 z przyponem 0.12 (wytrzymałość 4 kg).
  Użycie plecionki o tej grubości, okazuje się niezbyt fortunne, gdyż na spokojnej wodzie zbiornika, jest trochę za sztywna tym bardziej, że wędka teleskopowa (3.7 m) którą kupiłem rok temu, ma też zbyt sztywną końcówkę. No cóż, nie wziąłem pod uwagę, że to nie jest wędkowanie na Oceanie Atlantyckim w USA na „grubego zwierza” a wędkowanie na białą rybę (leszcz, krąp, płoć, kleń,), które wymaga bardzo delikatnego sprzętu, aby wyczuć bardzo delikatne brania ryb – szczególnie tych mniejszych. Ponadto delikatny sprzęt a zwłaszcza cienkie żyłki, powodują to iż używana przynęta (białe robaczki i pinki), zachowują się na haczyku w sposób naturalny.
    Tylko Olek dobrał swój zestaw idealnie, dlatego zawsze miał najlepszy wynik na końcu wędkowania. Ja przez pierwsze dwie godziny nie zanotowałem żadnego brania, mimo iż druga wędka, była idealnie dobrana do tego typu wędkowania. Dopiero o 8 rano silne przygięcie końcówki wędki podnosi we mnie poziom andrealiny i po szybkim podcięciu, czuję wreszcie na wędce rybę. Krótki hol i wreszcie pierwszy leszcz ląduje na trawie. Pamiątkowe zdjęcie i wraca on powtórnie do wody, gdyż przez cały ten rok (2014) obowiązuje zakaz jego zabierania.
    Słońce już zaczyna mocniej przygrzewać, robi się coraz cieplej, więc przez następne dwie godziny wyciągam z wody tylko małe płoteczki i krąpie (duże ryby odpłynęły na głębszą wodę) o które dopominają się dwa boćki czekające cierpliwie w odległości kilkunastu metrów za naszymi plecami. Instynkt natury podpowiada im, że przed odlotem na zimę do ciepłych krajów, powinny się dobrze podtuczyć. Dlatego drobnicę rzuconą w ich kierunku, spokojnie i bez pośpiechu ale trochę bojaźliwie łapią w dziób, aby po przekręceniu ryby zawsze głową w kierunku przełyku, połknąć ją natychmiast w całości.
   Kiedy już tuż przed dziesiątą godziną, zwijam jedną z wędek, kończąc tym samym dzisiejsze wędkowani, kątem oka widzę silne ugięcia szczytówki na drugiej wędce. Szybkie podcięcie i czując silny opór, zdaję sobie sprawę iż może to być karp. Ryba silnie dołuje na poluzowanym mocno hamulcu ze względu na cienki przypon, wysnuwając żyłkę podczas silnych szarpnięć. Lecz po kilkunastu minutach, nieco zmęczona daje za wygraną i po chwili już Piotr pomaga mi, wyciągając ją podbierakiem z wody. Tak jak przypuszczałem, był to karp królewski, pierwszy zwędkowany przeze mnie na tym zbiorniku.
    Dzisiaj jeszcze tylko Olek, wyholował kilka dorodnych leszczy. Pora zakończyć dzisiejsze wędkowanie i nie pozostaje nic innego jak umówić się za tydzień na tym samym zbiorniku.
    Słowa dotrzymaliśmy, pogoda także i za tydzień znowu wyruszamy na ten sam zbiornik 7 sierpnia 2014 roku. Jesteśmy na łowisku jeszcze przed świtem więc jest czas na wspomnienia wędkarskie sprzed wielu, wielu lat (ponad czterdziestu), kiedy to wspólnie wyjeżdżaliśmy z Kołem Sandomierskim na wędkowanie na Solinie.
    Ale już o pierwszym brzasku, cudowny świergot ptactwa rozpoczynającego swoje porane trele, przypomniał nam, że czas rozpocząć wędkowanie. Metody wędkowania nie zmieniam i tylko wymieniłem swoją plecionkę na cieńszą (0.16 mm). Po godzinie wędkowania oglądam się za siebie w nadziei zobaczenia boćków. Nie pomyliłem się. Stały w pewnym oddaleniu od nas będąc zapewne przekonane w swej zadumie, że i dzisiaj dokarmimy je drobnicą (krąpiami). I miały rację bo kilka krąpi, znalazły się w ich wiecznie głodnych żołądkach.
  To wędkowanie było najlepszym ze wszystkich moich wypadów na ten zbiornik. Kolejny karp, choć jak na karpia dosyć niewielki (około 1.4 kg), kilka ładnych płoci oraz wreszcie pierwszy leszcz na tym zbiorniku o wadze ponad 1.0 kg. Zapewne nie mógł uwierzyć własnemu szczęściu, kiedy po pozowaniu do fotografii, z powrotem trafił do wody.
   Olek jak zawsze zwędkował o wiele więcej od nas. Mój szwagier także zaliczył pierwszego karpia a Piotr pierwszą w swoim życiu płoć (26 cm).
 Jeszcze kilkakrotnie (sierpień 20, 28 wrzesień 2 i 30 – 2014) wędkowaliśmy na tym zbiorniku ale już z mniejszymi sukcesami (oprócz Olka) i bez towarzyszących nam boćków, które zapewne swoje żaby i rybki zajadały gdzieś w ciepłych krajach. Czy je ktoś tam dokarmiał? Może swoim radosnym klekotaniem „potwierdzą” nam to za rok! O wędkowaniu 30 sierpnia musze wspomnieć kilka słów bo dla mnie zakończyło się ….ale to potem. Umówiłem się, że rano o 4:40 Janek zadzwoni i mnie obudzi a ja po drodze podjadę do niego, potem do Olka i na zalew. Ufny w jego niezawodność dotychczasowego budzenia, budzę się dopiero o …..5:30 rano, kiedy dzwoni Olek z pytaniem czy już wyjechaliśmy po niego. Przepraszam go i wyskakuję z łóżka jak z przysłowiowej „procy”. W biegu robię coś do przekąszenia nad wodą i wypijam kubek gorącej kawy, dzwoniąc jednocześnie do szwagra. Odbiera jego żona a moja ukochana i jedyna  siostra Marianna obiecując natychmiast …….obudzić Janka, który także zaspał bo nie nastawił budzika wierząc w swoja „wędkarska czujność”. Tym razem niestety go zawiodła.
    Nad Zbiornikiem Maziarnia jesteśmy dopiero o 7 rano ale i tak nic nie straciliśmy bo przez długi czas ryba nie bierze, choć od czasu do czasu pojawiające się kręgi na wodzie potwierdzające, że ona tam jest, ale niestety, jak do tej pory - niegłodna. Dopiero przed 10 rano, niezawodny Olek wyciąga ładnego kilogramowego leszcza, chwilę potem jeszcze jednego i 40 cm karpia. Do końca wędkowania w jego siatce „wyląduje” także parę dorodnych płoci.   Na mojej wędce silne szarpnięcie podrywa mnie z krzesełka. Podcięcie i …… niestety ryba się nie zahaczyła. Za to parę minut po jedenastej piękne mocne szarpanie na wędce szwagra sygnalizuje branie dużej ryby. Podcięcie i po 15 minutach 2.2 kg. (42 cm) karp ląduje w podbieraku. Słońce zaczyna przygrzewać już coraz mocniej, brania ustały więc o 1 po południu decydujemy się na zakończenie dzisiejszego wędkowania. Ja niestety wracam dzisiaj „na tarczy”, bo w mojej siatce nie ma ani jednej rybki! To też należy do uroków wędkarstwa! Pewnie z tego powodu, rybki urządziły sobie wspaniały „koncert galowy”, wesoło machając ogonkami.
   Gwoli wędkarskiej rzetelności, nadmieniam, że byłem bardzo ucieszony kiedy do wędkowania 28 sierpnia, dołączył do nas wspólny kolega z lat młodzieńczych, zapalony wędkarz – Andrzej Balmas. Andrzej wędkuje w Polsce przez kilka letnich miesięcy bo w pozostałe miesiące, „ściga” rybki na ……Florydzie w USA.
   Natomiast podczas wędkowania 2 września, dołączył do nas mój brat bliźniak – Jacek, „robiąc” za kibica a który zamieszkuje na stałe w New Jersey – USA.
    Pożegnalne wędkowanie na Zbiorniku Maziarnia 5 października, będę pamiętał bardzo długo, bo przez 7 godzin zwędkowałem tylko jedną rybę ale za to był to jeden z największych leszczy złowionych w mojej wędkarskiej historii. Mierzył sobie 56 cm i z Olkiem ocenialiśmy go na ponad 1.5 kg. Skusił się na białe robaki - z gruntu, haczyk 12, linka 0.12  z podwieszonym koszyczkiem, silnie szarpnął wędką i pozostało mi tylko go lekko podciąć i wyholować do podbieraka. Po „sesji zdjęciowej” także trafił z powrotem do wody.
   Olek jak zawsze niezawodny – 2 leszcze i 7 dorodnych płoci.
   Kiedy już pakujemy nasze wędkarskie „klamory” do samochodu, jeszcze raz spoglądam na tabliczkę umocowaną na żelaznym krzyżu, tuż przy dojściu do zbiornika przez zapewne zrozpaczonych rodziców o następującej treści:  „07. 08. 2010. Tego dnia utonął młody chłopak. Niech ten krzyż będzie przestrogą dla innych”.
    Oby był także przestrogą dla czasem lekkomyślnych wędkarzy!
   Wędkując w ten lekko pochmurny październikowy dzień, osnuty kłębami jesiennej mgły, myślałem już o czekającym mnie za kilka dni wędkowaniu na Sanie i na Solinie w rejonie Wołkowyi.
 
 Październik 2014
 Tekst: Józef Kołodziej
 Korekta: mgr Krystyna Sawa

Artykuł ten był drukowany w Tygodniku „PLUS” – od listopada -2014 do stycznia -2015 roku.
 Przedruk za zgodą redakcji Tygodnika „Plus”.
 www.tygodnikplus.com
 
OSTATNIE ARTYKUŁY:

Barakudy z Bahamas
Wędkowanie na Wyspach...
W Pogoni za Makrelą
Długi Łososiowy Szlak
Halibuty z Alaski
Tęczaki z Lake Erie
Szczupaki z Lake Champlain
Dorsze z Massachusetts
Wędkowanie na Gulf Stream
Barakudy z Meksyku
Wędkowanie w Trókącie Ber..
Wędkowanie w Kostaryce
Fluke z New Jersey - USA
Wędkowanie na Kubie
Wędkowanie Tautog - USA
Zimne wędkowania - USA
Królewska Ryba - Łosoś
Wybrzeże Tuńczyków...
Wędkowanie w Polsce-2013
Wędkowanie - Floryda-2013
Black Sea Bass - 2010
Zbiornik Maziarnia - PL 2014