Przygoda z Naturą

WĘDKARSKA PRZYGODA NA KUBIE - 2010

    Już jako młody chłopak razem z bratem bliźniakiem Jackiem, uganiałem się z wędką za rybkami po okolicznych stawach i łachach koło Sandomierza. Oczywiście najczęściej “moczyliśmy” nasze leszczynowe kije w Wiśle, w której różnych gatunków ryb było wówczas bardzo dużo. Gdyby mi ktoś wtedy powiedzial, iż kilkadziesiat lat później, będę wędkował na ….Kubie, pewnie nawet przez sekundę nie zastanawiałbym się nad tym jako tak samo realne jak mój lot na na księżyc.
   A jednak……. Planując przed wyjazdem urlop na Kubę, jeszcze w Polsce zdecydowałem, po zapoznaniu się i informacjami na internecie, iż takiej okazji  jak wędkowanie w tym kraju, nie mogę przepuścić. Nie tylko ja, bo i Wojtek, wielki miłośnik wędkarstwa, miał takie same zdanie, które tym razem zostało w pełni zaakceptowane przez towarzyszące nam żony. Tak więc przepustka do wędkarskiego raju na Morzu Karaibskim, stała przede mną otworem. Oby tylko nie wiało, myślałem w samolocie lecącym z Warszawy na Kubę, bo biorąc pod uwagę nasz turystyczny program, na wędkowanie mogliśmy wykorzystać ostatnie dwa dni naszego tygodniowego pobytu na tej gorącej wyspie. I aby się tylko wszystko dobrze ułożyło, bo taka okazja może się już więcej nie przytrafić. Nie zabieraliśmy ze sobą żadnego sprzętu wędkarskiego, gdyż z informacji jakie uzyskałem od znajomych, wiedziałem iż jest on wliczony w cenę wyprawy wędkarskiej. Było to bardzo korzystne, gdyż odpadał jak zawsze kłopotliwy transport wędek, jako ponadwymiarowego bagażu.
   Varadero na Kubie (miasto i bardzo znane centrum turystyczne z wieloma pięknie położonymi hotelami) przywitało nas tropikalną roślinnością, umiarkowaną temperaturą i gorącymi kubańskimi rytmami.
   Już na drugi dzień po przylocie, idziemy z Wojtkiem do informacji hotelowej celem zasięgnięcia “języka”, oczywiście na interesujący nas temat, czyli warunków i możliwości wędkowania. I tu pierwsza niezbyt dobra informacja. Owszem, możemy się zapisać na rejs wędkarski z łódki - tzw. charter boat  -łódka specjalnie dostosowana tylko do celów wędkarskich o długości około 10 m, w którym może uczestniczyć  maksymalnie czterech wędkarzy.
    I tu właśnie zaczął się nasz problem, bo chętnych na wędkowanie było jak na razie dwóch - czyli ja i Wojtek. Owszem, mogliśmy wynająć całą łódkę tylko dla siebie, ale ….musielibyśmy zapłacić za tą wyprawę 340 tzw. convertible pesos (specjalna waluta, którą tylko na wyspie mogą płacić turyści).  Z tym,  że w trakcie samej wymiany, traci się około 20% wymienianej waluty. Czyli nasza wyprawa kosztowałaby nas wtedy około 1300 zł. Oczywiście dla wędkarzy (czyli nas), nie stanowiłoby to żadnego powodu aby nie płynąć we dwóch, ale….kasą zarządzały nasze kochane przyjaciółki żony, które może przystałyby na takie rozwiązanie – domyślam się, że zapewne bardzo niechętnie. Pozostało nam mieć nadzieję, że jednak w hotelach w tym czasie jest więcej amatorów wędkarstwa a nie tylko błogiego spijania mojitos (jasny rum z sokiem z limony, wody gazowanej, cukru pudru i utartych listków mięty). Jest to bardzo popularny drink na Kubie tym bardziej,  że był  ulubionym drinkiem Hemigwaya, ale ....z podwójną porcją rumu.
   Wilka ciągnie do lasu a nas w niedzielę “zaciągnęło” do portu dla łódek znajdującego się naprzeciwko naszego hotelu (Barcelo Marina Palace) z widocznymi żaglami z hotelowego lobby. W porcie dużo katamaranów, oferujących wycieczkowe rejsy dla turystów oraz parę wędkarskich łódek i trzeba przyznać iż w bardzo dobrym stanie technicznym, choć wszystkie posiadały tego samego właściciela – czyli państwo. A przecież mieliśmy w pamięci dawne czasy w Polsce, kiedy to państwowe to niczyje a więc wszystko było z reguły w opłakanym stanie. Mile rozczarowani tą wizytą, nabraliśmy jeszcze większej ochoty, aby zrealizować nasze kubańskie wędkowanie. W niepewności czekaliśmy jeszcze kolejne trzy dni.
   W środę na dwa dni przed końcem naszych wczasów pozytywna wiadomość od pani agentki, która organizuje viajes (wycieczki). Znalazło się dwóch chętnych  wędkarzy z Kanady (Roy i Martin) na piątek. Uff, odetchneliśmy. Wszkże mieliśmy ochotę na tzw “bottom fishing” (wędkowanie z dna) ale nie było takiej opcji. Oferowane jest tylko wędkowanie na “trolling” (ciągnięcie przynęty za łódką). Nie mając wyboru, decydujemy się na ten rodzaj wędkowania. Rano, już godzinę przed przyjazdem autobusu z małą czarną w jednej a lokalnym drinkiem w drugiej ręce (za pomyśne wędkowanie), czekaliśmy w hotelowym lobby na naszch współtowarzyszy. Wytrzymali nas do ostniego momentu bo przyszli 15 minut po umówionym czasie. Dobrze, że autobus się trochę spóźnił bo o wędkowaniu w tym dniu mogliby oni zapomnieć – my zresztą też. Wreszcie o 9:30 rano, po objechaniu paru hoteli, autobus zatrzymuje sie przy  porcie dla wędkarskich łódek, wycieczkowych katamaranów i jachtów a znajdującego się 10 km dalej od tego który mieliśmy okazję obejrzeć  obok naszego hotelu.
   Na pokładzie łodzi (o nazwie- Aquja Blanca) zarejestrowanej w miejscowości Cardenas (blisko Varadero) wita nas kubańska załoga: kapitan Coruzdo i jego pomocnik Rocha oferujący sody i drinki. Z tych ostatnich chętnie skorzystaliśmy choć oczywiście z wędkarskim umiarem.
     Wreszcie zaczynało się spełniać moje kolejne wędkarskie marzenie. A ile ich jeszcze przede mną? Mam nadzieję, że jeszcze dużo bo planów w notesiku wędkarskim, bardzo wiele. Oby Opatrzność pozwoliła je zrealizować. Kanadyjczycy nie są zbyt doświadczonymi wędkarzami. Roy wędkuje w Kanadzie raczej od święta a Martin po raz pierwszy dzisiaj popróbuje swoich sił na morzu.
    Ryk silników i odkładająca się fala za rufą, przybliża nas coraz bardziej do łowiska oddalonego około godziny od lądu (półwyspu Hicacos). Po kilkunastu minutach płynięcia wewnętrznym kanałem półwyspu, wypływamy na spokojne wody Morza Karaibskiego od strony Oceanu Atlantyckiego.
    Mam czas na to, aby sobie pomarzyć iż płyniemy niczym wielki Ernest Hemigway na olbrzymie marliny. Jego łódka, którą używał do 1961 roku a którą mielliśmy z Wojtkiem możliwość oglądać w Museum Hemigwaya znajdującym się 15 km od Hawany, w domu gdzie mieszkał na Kubie do wyjazdu do USA, wcale nie odbiegała komfortem od tej na której my płyneliśmy. Choć drewniana i nie naszpikowana elektroniką jak dzisiejsze wędkarskie łodzie, to jednak bezpiecznie służyła mu do końca jego pobytu w tym kraju, który dostarczył mu tak wiele wędkarskich sukcesów. Przed wyjazdem z Kuby, Hemigway podarował tą łódź kapitanowi Jose (który wiernie z nim pływał na ryby) a on podarował ją muzeum. Tak zrelacjonowała to przewodniczka w muzeum choć słowo „podarował” zastapił bym raczej....innym.
    Tuż przed dziesiątą, malejące obroty silnika i zwolnienie prędkości naszej lodzi, sygnalizuje przybycie w rejon wędkowania. Kapitan wraz z pomocnikiem (Rocha) sprawnie uzbrajają cztery wędziska morskie. Dwie na wysięgnikach po obu stronach burty i dwie przymocowane do prawej i lewej burty, blisko rufy łodzi. Wędki uzbrojone są na trolling powierzchniowy podczas którego przynęta na lince ślizga się na lub tuż pod powierzchnią wody. Zależy to oczywiście od prędkości łódki i obciążenia wędkarskiego zestawu. Żadna z wędek nie jest przystosowana na trolling głęboki, podczas którego przynęta z hakiem obiążona dużym  ołowianym ciężarkiem ciągnięta jest tuż nad dnem.
    Na taki denny troling miałem okazję wędkować w Meksyku (choć tylko jedna wędka na łodzi była do tego przystosowana). W refleksach słonecznych odbijających się na fali za rufą widać od czasu do czasu nasze ślizgające się po nich sztuczne przynęty, które przez dłuższy czas, nie są atakowane przez żadne rybki.
    O kolejności wyciągania ryby z wody, w przypadku jej zahaczenia, zadecydowało losowanie. Tym razem szczęśliwe dla mnie bo wylosowałm numer 1. Oby nie było tak jak na Hawajach – pomyślałem. Tam także wylosowałem pierwsze holowanie, ale ryby wówczas kompletnie nie dały się nabrać na żadne świecidełka i do portu wróciliśmy “na tarczy” a raczej o „pustych kijach”.
    Wody Morza Karaibskiego koło Kuby z dużą ilością wysp i raf koralowych, oferują ponad 900 gatunków ryb, z tego ponad 400 nadających się do jedzenia. Więc miałem nadzieję, że tym razem jednak coś “zawiesi” się na haku. Z relacji kapitana wynikało, że o tej porze roku nie mamy raczej możliwości zwędkowania marlina (bohatera opowiadania Hemigwaya- „Stary człowiek i morze”) bo najlepszy okres wędkowania na tą wspaniałą rybę (marzenie każdego wędkarza) to czerwiec, kiedy to w małej wiosce rybackiej – Cojimar, odbywa się co roku Międzynarodowy Turniej Wędkarski nazwany imieniem tego wspaniałego wędkarza (Hemigwaya). Ale takie gatunki jak: mahi-mahi (dolphin), barracuda, tuńczyk, bonito (z rodziny tuńczykowatych), makrela czy też wahoo mogły dostarczyć nam wiele wędkarskich emocji  i zaliczyć takie których nie mieliśmy na wędce podczas naszych dotychczasowych wędkarskich wypraw. Po godzinie bezowocnego “orania wody”, zaczynam wątpić w jakikolwiek dzisiejszy sukces wędkarski. A jednak nie trzeba tracić nadziei do końca.
    Tuż przed jedenastą, tak przyjemny dla ucha jazgot kołowrotka , odwijającego żyłkę ze szpuli przez opór stawianej ryby, podnosi wyraźnie poziom andrealiny w moim organiźmie. Oczyma wyobraźni już widzę piękny okaz, który przypadnie mi w udziale jako, że to właśnie pierwsze branie więc i moja kolej. Siedząc na krzesełku przymocowanym do pokładu z wędkarskim pasem do umocowania wędki, zaczynam powoli przyciągać rybę do łódki. Lecz już po paru minutach holowania, zdaję sobie sprawę, że nie będzie to zbyt wielki okaz. Pytanie tylko – jaka to rybka dała się skusić na sztuczne świecidełko?
    Po około 10-ciu minutach ciekawość moja (i nie tylko) została zaspokojona , kiedy podholowalem rybkę do rufu. To lśniąca barwami tęczy, Mahi-Mahi (Coryphaena hippurus), druga w moim wędkarskim życiorysie. Poprzednią zwędkowałem u wybrzeży Santa Lucia (Morze Karaibskie). Pamiątkowe fotografie, mierzenie (30”) i rybka staje się własnościę załogi a my z Wojtkiem, wznosimy toast za kolejne branie, tym razem dla niego.
    Widocznie toast pomógł, gdyż zaledwie 15 minut później, ostre  jazgotanie kołowrotka obiecuje  nam kolejne emocje. Tym razem kolej na Wojtka. Po silnie ugiętej wędce widać wyraźnie, że tym razem ryba jest znacznie większa. Ale takiego zakończenia tej akcji na pewno się nie spodziewałem a szczególnie on. Kiedy ją podcholował po dwudziesto-minutowym holu do lodzi, solidnie już zmęczoną ale jeszcze wykazującą ochotę do walki o uwolnienie, kapitan próbował hakiem wyciagnąć ją z wody (tak jak i moją) na pokład. Niestety, robił to tak chaotycznie, nerwowo i nieprofesjonalnie (usztywniając splątane żyłki drugą ręką), iż wstrzymując z wrażenia oddech, z niepokojem obserwowałem zakończenia tej akcji. Ku ogromnemu zaskoczeniu nas wszyskich i nieprzemyślanym “dziobaniu” ryby hakiem, kolejna piękna Mahi-Mahi uwolniła się znikając w błękitnej głębinie a kapitanowi pozostał w ręce tyko złamany o burtę trzonek haka, który z wściekłością rzucił w morze. Na oko mogłem ją ocenić na przynajmniej 2 razy większą od mojej. Spojrzałem na Wojtka. Zachował stoicki spokój, choć wiem jak bardzo mu było żal z powodu straty tej pierwszej zwędkowanej ryby na Morzy Karaibskim. I wiem, jak wielki żal miał do kapitana mającego chyba nie raz do czynienia z wyholowywaniem ryb.
    Nie udało mi się ją sfotografować przed zerwaniem, ale przynajmniej kilkunasto-sekundowe ujęcie pozostało nagrane na taśmie. No coż, gra się do zwycięstwa jak mawiają hazardziści stawiając ostatnie pożyczone pieniądze (po przegraniu domu) w kasynie. Tak i my pełni optymizmu czekamy na następne brania. W pewnej chwili kapitan otrzymuje chyba informcję od innego kapitana o miejscu gdzie dobrze żeruje ryba, bo natychmiast zwijamy wędki i na maksymalnej prędkości płyniemy około 20-tu minut w morze. Już z daleka widać stada mew szybujących nad powierzchnią morza. Znak , że żeruje drobnica a za nią ….powinny mieć na nie apetyt te większe. Tylko jakie? Chwilę potem po zmianie przynęty, i zarzuceniu zestawów do wody następują dwa brania prawie równocześnie. Tym razem przy wędkach są Kanadyjczycy. Holują, kierowani naszymi uwagami, bardzo spokojnie i wolno, choć jak i w naszym przypadku jest to troszkę utrudnione bo kapitan tylko trochę zmniejsza szybkość łodzi, gdyż dwie pozostałe wędki są w akcji. Martinowi wystarczylo tylko 5 minut aby wyholować na pokład ładną Atlantic Bonito (Sarda sarda). Natomiast Roy miał dzisiaj takiego samego pecha do kapitana jak i Wojtek. Jego Bonito zerwała się z haka po kolejnych nieudolnych próbach wyciągniecia jej z wody przez pechowego kapitana. Dlatego  niezły napiwek dostaje od nas majtek a nie kapitan.
    Mam nadzieję, że wkróce i ja zaliczę bonito bo mewy w dalszym ciągu szybują koło nas. Niestety. Po dalszych 10-ciu minutach, kapitan ogłasza koniec wędkowania. Jest dopier 1:10, więc proszę kapitana o  kilkunastowe przedłużenie naszej wędkarskiej wyprawy.
    Yo termino mi trabajo hoy (skończyłem pracę na dziś)- odpowiada
    Qusieramos pagar para trenta minutes mas (zapłacimy za dodatkowe 30 minut) –proponujemy.
    No es poseble como tengo mucha prisa (to niemożliwe ponieważ spieszę się bardzo) - to była jego ostateczna odpowiedż. Dopiero później zrozumieliśmy, że to nie jego wina. On pracuje przecież na państwowej posadzie (!) i o określonej godzinie musi być w porcie. A jeżeli nie? Może być posądzony o próbę ucieczki i ścigany. Tak przypuszczaliśmy, bo przecież na pewno miał ochotę zarobić trochę ekstra pesos (waluta kubańska).
   Wracamy do portu na pełnym gazie silników. Po prawej naszej burcie, 2 - 3 mile (1 mila morska  = 1852 m) od nas wracają także dwa pozostałe charter boat.  A może nawzajem się pilnują? Fala nieco większa aniżeli rano, ale połyskujące w słońcy białe grzywacze wód Morza Karaibskiego o różnych odcieniach błękitu i turkusu, u wybrzeży tej pięknej wyspy mogą zachwycić każdego. Widoki morza i palm tańczących rumbę w rytmach passatowego wiatru na zbliżającym się lądzie, łagodzą nieco niedosyt wędkowania.
   Hasta la vuelta ! - do (powtórnego) widzenia- żegna nas w porcie kapitan.
   Hasta la vista capitan!  -do widzenia – odpowiadam, myśląc o tym, że na pewno tu jeszcze chciałbym przyjechać  i popłynąć na ryby, ale….nie z tym kapitanem!!
 Józef Kołodziej
 DANE TECHNICZNE WĘDKOWANIA:
   Wędkowanie z łódki (charter boat) poruszającej się z prędkością 5 – 7 węzłów (9-13 km) na godzinę.
   Wędziska morskie 6’-6” (około 2 m) marki: Pen Special Senator.
   Kołowrotki marki: Penn 50VW International V, z żyłką o wytrzymałości 80 lbs (około 40 kg).
   Przynęta – plastikowa kolorowa rurka z frędzelkami lub mały metalowy cylinderek zaciśnięty na przyponie, z dużym haczykiem (na bonito).
   Sposób wędkowania-powierzchniowy trolling z łódki.
   Słonecznie, lekko pochmurno, temperatura powietrza w granicach 75 stopni  Fahrenheita (około 22 stopni Celsjusza).
 
 Tekst i foto: J.E. Kołodziej
Varadero (Kuba) 18 marzec, 2010 rok

 Korekta: mgr Krystyna Sawa


 Artykuł ten był publikowany w „Tygodniku Plus” Od 20 maja do17 czerwca 2010 roku.
 www.tygodnikplus.com
  Przedruk za zgodą redakcji

 

OSTATNIE ARTYKUŁY:
Barakudy z Bahamas
Wędkowanie na Wyspach...
W Pogoni za Makrelą
Długi Łososiowy Szlak
Halibuty z Alaski
Tęczaki z Lake Erie
Szczupaki z Lake Champlain
Dorsze z Massachusetts
Wędkowanie na Gulf Stream
Barakudy z Meksyku
Wędkowanie w Trókącie Ber..
Wędkowanie w Kostaryce
Fluke z New Jersey - USA
Wędkowanie na Kubie
Wędkowanie Tautog - USA
Zimne wędkowania - USA
Królewska Ryba - Łosoś
Wybrzeże Tuńczyków i nie...
Wędkowanie w Polsce-2013
Wędkowanie - Floryda-2013
Black Sea Bass - 2010