Przygoda z Naturą

BLACK SEA BASS - 2010   

   Te dwa wędkowania na morską rybę – Black sea bass (Centropristis striata), długo będę pamiętał i zachowywał w mojej kartotece pamięci, choć nie w tej przegródce do której sięga się często i z przyjemnością tak jak do większości moich wędkarskich wypraw. Bo te dwa wędkowania umiejscowione są w przegródce o której chciałoby się jak najszybciej zapomnieć. I choć te dwie wyprawy wędkarskie były odległe w czasie i miejscu (w różnych stanach USA), to łączyły je takie wspólne cechy jak: wędkowanie na tą samą rybę, ten sam system wędkowania (morskie denne) i ten sam akwen (Ocean Atlantycki.). Ale przede wszystkim łączyła je......bierność kapitanów w aktywnym poszukiwaniu dobrego miejsca żerowania ryb i lekceważenie wędkarzy. A bez profesionalnej aktywności i umiejętości kapitana oraz nie wykorzystaniu do maksimum  wszystkich warunków na danym akwenie, nie osiągnie się dobrych sukcesów wędkarskich mogących zadowolić nawet początkujących wędkarzy.
    Zachowując chronologię czasową zacznę oczywiście od wcześniejszego wędkowania mającego miejsce podczas pobytu na urlopie w Północnej Karolinie – w lipcu 2010 roku. Wówczas także wędkowałem razem z Wojtkiem Palczewskim (stały kolega naszych wspólnych wypraw wędkarskich) dzień wcześniej na Gulf Stream – w magazynie „Plus” ukazał się artykuł opisujący to wędkowanie – na tuńczyka. Było to bardzo udane wędkowanie ale na innej łodzi i z innym kapitanem. No, ale wracam do opisu wędowania na sea bass (używać będę potocznej nazwy tej ryby)  bo to ono jest tematem tego artykułu.
     Po uczczeniu naszego sukcesu (wędkowanie na tuńczyka) przy wspaniałej kolacji, którą zrobiły Ela i Ewa, kładziemy się z Wojtkiem wcześniej spać bo jutro czekają nas kolejne emocje wędkarskie. Może nie takie jak poprzedniego dnia bo na nieco mniejsze ryby, ale mimo to każdy wyjazd na ocean dostarcza nam mnóstwo wrażeń. W tym dniu czeka nas wędkowanie na oceanie na wrakach, gdzie można zwędkować sporo dużych rybek – tak zapewniała przynajmniej pani w okienku podczas wykupywowania biletów na ten rejs. Szkoda tylko, że nie powiedziała pełnej prawdy. Tak więc następnego dnia (czwartek, 22 lipca 2010) o 6:30 rano, jesteśmy na pokładzie dużo większej łodzi - „Country Girl” , płynącej na otwarty ocean z dwudziestoma amatorami wędkarstwa - w tym kilka pań. Dopiero po ponad 2 godzinach docieramy na pierwsze miejsce wędkowania gdzie po ustawieniu statku w dryfie, kapitan wydaje komendę do wędkowania. No właśnie, komendę ale .....tylko dla wędkarzy prawej burty. Jesteśmy bardzo zdziwieni z Wojtkiem tą komendą ale czekamy cierpliwie na dalsze polecenia kapitana. Po pół godzinie kapitan daje pozwolenia wędkowania wędkarzom na lewej burcie (na której jestem z Wojtkiem), nakazawszy wędkarzom z prawej burty zaprzestania wędkowania na okres kiedy my wędkujemy. I tak będzie do końca. Pierwszy raz spotykamy się z tym systemem wędkowania. W New Jersey żaden kapitan nie stosuje takiego systemu (traciłby klientów). A wynikło to z tego (tak się domyślamy), że kapitan chciał uniknąć częstszego splątywania się zestawów wędkarskich w przypadku wędkowania po obu burtach jednocześnie. No cóż, mniej roboty dla majtków (pomocnicy kapitana), ale tym sposobem my tracimy ....50% naszego czasu przeznaczonego na wędkowanie. A pani sprzedając nam bilety, oczywiście nic o tym nie wspomniała.
    Zapewne miejscowi wędkarze wiedzieli o takim systemie wędkowania i się na to godzili. Ale nam nikt nie dał szansy zapoznania się z tą informacją. Być może zrezygnowalibyśmy z tego wędkarskiego rejsu. A wcale nie niska cena wyprawy ($110) za cały dzień, nie uległa zmniejszeniu o połowę. Jak widać, jest to prawdą iż człowiek (tzn. wędkarz) uczy się poznawać „kapitańskie triki”, przez całe swoje wędkarskie życie.
     Kolejna niespodzianka to to, że nie wędkujemy innych dużych ryb, bo 95% zwędkowanych ryb to sea bass i na tym rejsie swoją wielkością wcale nas nie zachwycają. Toż to prawie sama drobnica, która z powrotem wędruje do wody, praktycznie bez szans na przeżycie, bo wyciągnięta z dużej głębokości, na skutek dużej różnicy ciśnienia, ma pęcherz pławny w gardle. Po wrzuceniu więc do wody, nie może dać nura na głęboką wodę, stając się łatwym łupem krążących wokół naszego statku – wszędobylskich mew.
     A wędkujemy na głębokości 150 - 200 stóp, na kawałki małży używając lekkie wędki morskie. Po dwóch godzinach wędkowania, jeden z wędkarzy zahacza bardzo dużą rybę. Jego wędka wygięta w pół, pracuje na granicy wytrzymałości. Dopiero po 40-tu minutach (w tym czasie nikt nie wędkuje) udaje się mu podholować ją pod powierzchnię. I tu wielkie rozczarowanie. Na wędce, bardzo duża płaszczka (stingray), która odcięta z liną przez majtka, niknie z powrotem w oceanie.
     W południe (po kilkakrotnej zmianie pozycji statku), kiedy zaczęły brać już nieco większe sea bassy, kapitan decyduje się niespodziewanie na zmianę łowiska. Prawdopodonie chce zachować na tym łowisku trochę ryb na następne rejsy. Tak więc kolejne, tym razem 45 minut (na zmianę pozycji statku) zostało nam zabrane z naszego czasu wędkowania. Na nowym miejscu wędkujemy te same ryby choć od czasu do czasu któryś z wędkarzy wyciąga inny gatunek – tilefish (Lopholatilus chamaeleonticeps) - niżej podpisany jedną, które są większe niż sea bass. Na tym łowisku często natomiast wyciągamy jednocześnie po dwie ryby naraz. Prawdopodobnie na dnie jest dużo sea bass a i ryby żerują bardzo intensywnie. Ale ich wielkość nie satysfakcjonuje ani mnie ani Wojtka.     O 3:30 kapitan ogłasza koniec wędkowania zachęcając wędkujących do dania majtkom  dodatkowych pieniędzy (tips). Dajemy i my choć tak naprawdę to nie wiemy za co, bo wcale się na tym rejsie (za sprawą kapitana) nie napracowali. Nam z Wojtkiem udało się zwędkować kilkanaście wymiarowych sea bass, ale nie ucieszyło nas to dzisiejsze wędkowanie. Bo na ten gatunek ryby (i większe) możemy wędkować przecież jak co roku w New Jersey. Oczywście ryby za dodatkową opłatą zostają wyczyszczone w oczyszczalni w marinie. Czyszczącym (oprócz regulaminowej opłaty za czyszczenie), też zgodnie z rekomendacją (10-15% od rachunku za czyszczenie ryb) umieszczoną na tabliczce na drzwiach oczyszczalni, dajemy napiwek choć myślę, że po raz ostatni w Północnej Karolinie.
 
 Dane wędkowania na sea bass w North Carolina:
 Miejsce wędkowania: Ocean Atlantycki u wybrzeża stanu Północna Karolina, na Gulf Stream w odległości około 2 godzin od Pirate’s Cove Yacht Club & Marina w miescowości Manteo (NC).
  Wędki 7-mio stopowe, medium action z kołowrotkiem o ruchomej szpuli (multiplicator) z żyłką o wytrzymałości 20 lbs obiążoną 8 -12 uncjowym ciężarkiem i przyponem z zestawem dwóch haczyków.
  Przynęta – pokrojone kawałki małży. Woda w Oceanie Atlantyckim bardzo spokojna (fale – około jednej stopy). Black sea bass można znaleźć w śródlądowych zatokach ale także na otwartym oceanie. Występują przeważnie tam gdzie jest kamieniste dno, w rejonie sztucznych raf, na wrakach czy też przy piersach. Można go spotkać na głębokości nawet do 425 stóp (130m).
    Nieco rozczarowny wędkowaniem na black sea bass w Północnej Karolinie (głównie za sprawą kapitana), niezbyt chętnie dałem się namówić na wędkowanie tej samej ryby w New Jersey. Ale ponieważ „wilka ciągnie do lasu”, więc jednak uległem namowom Wojtka Palczewskiego i Józka Kreka. Licząc, że może jednak rybka będzie lepiej brała niż w N.C. a i kapitan dołoży więcej starań, aby ją znaleźć. Tak więc umawiam się z Wojtkiem na 16 września tego roku o 6:30 rano.
   Wojtuś zmienił jednak godzinę wyjazdu w ostatniej chwili  (chcąc zabrać po drodze Józka) i był u mnie już o 5:45. Musiałem więc nieco przyspieszyć poranne wstawania - nie powiem, że z wielka chęcią.
  Pakuję więc szybko moje wędkarskie klamory i zostawiając niedopitą kawę w kuchni, pakuję się do Wojtka samochodu. Po drodze do portu marzyłem, aby wreszcie zwędować duże sea bass. Jak się jednak okazało, były to tylko moje naiwne marzenia. Tak więc ze swoimi marzeniami, znalazłem się wraz z moimi kolegami na pokładzie wędkarskiego „party boat”-Daunless, 9 września tego roku oczekując na punktualne wypłyniecie w rejs wędkarski. I tu pierwsza niespodzianka - niekorzystna niestety dla nas. Kapitan chcąc „złapać” jak najwięcej chętnych, opóźnił wypłyniecie aż o 45 minut!! Oczywiście naszym kosztem, bo ceny biletów za rejs wcale nie uległy przez to zmniejszeniu. To taki często spotykany kapitański „trick”. Przed opuszczeniem pokładu i zrezygnowania z rejsu z tego powodu powstrzymali mnie moi koledzy. Wreszcie o 8:15 odbijamy od kei kierując się w stronę otwartego Oceanu Atlantyckiego.
   Po opuszczeniu portu, statkiem zaczyna lekko huśtać na 2-3 stopowej fali. Na łowisko docieramy po około 15-tu minutach zatrzymując się 2-3 mile od brzegu. Zaczyna się nieźle pomyślałem, kiedy tylko po zatrzymaniu się statku, wyciągam jako pierwszy wymiarowego (12.5 inch – limit w 2010) sea bass. Mój optymizm był przedwczesny bo dalej, było już tylko gorzej. Wędkujemy bardzo małe Black sea bass, które nawet nie ocierają się o wymiar ochronny. I tak przez następne trzy godziny. A w tym czasie kapitan nie usiłuje nawet zmienić pozycji statku i poszukać lepszego łowiska. Powód raczej prozaiczny. Im mniej manewrów i im bliżej brzegu, tym mniej spali się paliwa! A zawsze można wmówić wedkarzom (tym naiwniejszym), iż ryba dzisiaj ...nie żerowała. Dopiero po naszej kilkakrotnej interwencji u pomocników (matt), kapitan zmienia położenie statku choć niezbyt daleko od poprzedniego. Kolejny postój i kolejne małe sea bass i dwa silver porgy (Diplodus argenteus), które wędrują za burtę. Mamy nadzieję, że tym razem kapitan będzie reagował szybciej na fakt iż ryby w tym miejscu biorą słabo i w dodatku niewymiarowe. Kolejna nasz interwencja i kolejna zmiana wędkowania. Tym razem Józek i Wojtek „zaliczają” po jednym wymiarowym tautog (black fish)-14,5 i 15 inch. Ale Black sea bassy w dalszym ciagu biorą słabo. Już nie interweniujemy zdając się na łaskę i niełaskę kapitana, który do końca rejsu, nie wykazuje zbytniej ochoty na szukanie lepszego łowiska. A szkoda. Bo mimo, że uwielbiam każde morskie wyprawy i rozumię iż ryba nie musi zawsze dobrze żerować a także i to, że samo złowienie ryby nie jest nadrzędnym celem wypraw wędkarskich, to kapitan powinien zrobić wszystko aby spróbować znaleźć dobre miejsce. A są tacy kapitanowie.
    Przykładem niech będzie kapitan Ralph Pratt, z którym od wielu lat, rokrocznie wędkujemy dorsza w Massahusetts. Podczas wędkowania z nim wiemy, że zrobi wszystko aby znaleźć rybę. Bardzo często zmienia pozycje lodzi już po kilkuminutowym postoju łodzi, kiedy nie ma dobrych brań. Często, dopiero po kilku godzinach znajduje ryby po zdawołoby się beznadziejnym ich żerowaniu, kiedy inni kapitanowie w tych samych warunkach wracają z niewielką ilością dorsza w skrzynkach.
   Tak więc wyniki naszego wędkowania podczas tej wyprawy w NJ na Oceanie Atlantyckim, były naprawdę mizerne. Na 30 zwędkowanych ryb (w trójkę), tylko ......trzy Black sea bass były wymiarowe. Do portu wpływamy o 4:30, choć w ogłoszeniu na tablicy przy kei, była podana godzina 5 pm. Kolejne 30 minut zabrane nam z naszego czasu przeznaczonego na wędkowanie. Macham na to ręką, nie chce mi się nawet interweniować u kapitana, bo to nic zapewne nie da. Wiem tylko, że ten statek na długo bedę omijał w swoich wędkarskich planach.   Chyba, ....że zmieni się kapitan.
   Zestaw wędkarski podczas tego wędkowania, taki sam jak na wędkowaniu sea bass w N.C. z tym, że Józek i Wojtek używali też sztucznych przynęt.
  Głębokość wędkowania w NJ była znacznie mniejsza bo około 60-80 stóp.
   Wszakże na tym powinienem zakończyć ten artykuł o wędkowaniu na sea bassy, ale nie mogę jednak nie dodać opisu październikowego wędkowania na wodach wokół wyspy Dominican Republic. Wędkowaliśmy wszakże na inny rodzaj ryb, ale to wędkowanie miało dużo wspólnych cech (niestety tych ujemnych) z poprzednimi. Po pierwsze: rejon wędkowania to także Ocean Atlantycki. A po drugie: .....kapitan.
   Nie znając łowisk wokół tej wyspy, a także wyników łodzi, wybraliśmy „na chybił trafił” jedną z dwóch ofert przedstawionych nam przez agentów w hotelu. Rozmowy pomiedzy agentem, kapitanem (przez telefon) i nami, trwały nieco długo gdyż chcieliśmy ustalić konkretnie czas, rodzaj i miejsce wędkowania oraz port z którego wypłynie łódź. Jest to o tyle ważne iż południowe nacje inaczej pojmują pojęcie obowiązku i sumienności co do dotrzymania zawartej umowy na wędkowanie. Upewniwszy się (po żarliwym zapewnieniu agenta) iż do portu z hotelu zostaniemy podwiezieni w ciągu 5-10-ciu minut wpłacamy agentowi depozyt za cztero-godzinny rejs - $200 (pozostałe $300 mamy wpłacić przed wypłynieciem w rejs).
   Następnego ranka punktualnie (ku naszemu zaskoczeniu) o ósmej rano wszyscy uczestnicy wyprawy (Konrad i jego córka – jedenastoletnia Karolina, Józek, Wojtek, Andrzej oraz drugi Józek) pakujemy się do oczekujacego na nas minibusa. Zapewnienia agenta co do czasu dojazdu do portu, okazują się (delikanie mówiąc) – mijające się z prawda bo zajęło nam to 45 minut. A niesposób było przejechać krócej przez miasto Puerto Plata do portu. Żałuje teraz iż nie skorzystaliśmy z drugiej oferty bo na łódkę zostalibyśmy zabrani z hotelowej plaży. No, ale teraz już za późno na zmianę decyzji. Zakładamy, że może będą tu lepsze łowiska w tej części wybrzeża.
  W porcie czeka już na nas kapitan Jose i jego pomocnik Juan na swoim charter boat o wdzięcznej nazwie – Miguelina II. Jesteśmy optymistycznie nastawieni odnośnie wędowania. Piękna pogoda, spokojne morze (fala: 1 - 2 stopy) beztroskie dni, czekające nas wędkowanie na rafie, więc oczyma wyobraźni już widzimy nasze piękne trofea wędkarskie wyciągane z wody.
  Tym razem „na ziemię” zostaliśmy sprowadzeni bardzo szybko. Wystarczyło popatrzeć na nasze zestawy wędkarskie. Stare wysłużone kołowrotki z zużytymi mocno żyłkami, poskręcane przypony na tępych haczykach świadczyły o kompletnym braku profesionalizmu tak kapitana jak i majtka. Czaru goryczy dolało nam to iż nie było wystarczającej ilości ciężarków jeszcze przed wędkowaniem!! A te co były to tylko o wadze 4 i 5 uncji a na dodatek Juan oferował nam odlewane domowym spodobem nieobrobione ciężarki i ....małe kawałki rurek służące jako obciążenie wędkarskich zestawów. Nie mając wyjścia musieliśmy używać to co akurat było nam dane. Tylko wrodzony optymizm i wakacyjny nastrój (w czym pomógł nam lokalny rum z colą) złagodził naszą chęć zrobienia porządnej awantury kapitanowi.
  Na pierwsze łowisko wypływamy blisko brzegu (3 – 4 mile). Już po parudziesięciu minutach wędkowania oriętujemy się iż nie mamy co liczyć na duże okazy. Biorą i to rzadko maleńkie red snapers, które powiny być wrzucane z powrotem do wody. Na prośbę kapitana, wrzucamy je do plastykowego wiadra bo wrzucanie ich do wody nie miało też najmniejszego sensu, gdyż z pęcherzem pławnym w pysku (po wyciągnieciu z wody) stawały się wszystkie łatwym łupem walczącego zaciekle o nie ptactwa. I tak było przez cały okres wędkowania z małym wyjątkiem kiedy to Andrzej i Jozek, wyciągneli (po jednej) odrobinę większe ryby. Choć nie takie, aby się nimi zachwycać - bo też niewymiarowe.
  Kiedy w pewnym momencie na mojej wędce poczułem znaczny opór ryby, myślałem, że może coś wiekszego wyciagnę z wody.Niestety, tuż pod powierzchnia wody mały rekin (około 2 stopy) odczepił się od haczyka, pozostawiając na nim połowę maleńkiego snapera, którego wcześniej zaatakował. Oczywiście, że interweniowaliśmy u kapitana aby zmieniał łowiska. I zmieniał. Tyle tylko, że przesuwał łódkę o kolejną mile czyli praktycznie wędkowaliśmy na takim samym łowisku, czyli płaskim, pozbawionym kamieni (nie wspominając już o rafie) i gdzie duże ryby na pewno nie żerowały. Ale kapitanowi widocznie chodziło o to aby nie zrywać zestawów na rafach, bo starciłby trochę starej żyłki, parę tępych haczyków no i oczywiście szybko pozbylibyśmy się resztek ciężarków. A ponadto, prawdopodobnie kapitan chciał „zaoszczędził” w ten sposób na paliwie.
  Oczywiście większość czasu podczas tego rejsu, majtek spędzał na pogawędce z kapitanem, więc to nam przypadła rola w przygotowywaniu przynęty, co zabierało nam nieco cennego czasu przeznaczonego na wędkowanie. Domyślam się, że ten charter boat nie był jednak własnością kapitana, (stąd te „drakońskie” oszczędności) bo resztę pieniędzy za rejs, „skasował” kierowca minibusa. Do portu wpływamy parę minut przed dwunastą a według zapewnień agenta przed wędkowaniem, to na morzu mieliśmy być do tej godziny. Dyskusja z kapitanem okazała się całkowicie bezproduktywna więc po raz pierwszy, kiedy pływamy na ryby, ani kapitan ani majtek nie dostali ekstra zapłaty (tips). Byliśmy pewni, że więcej nie znajdziemy się na pokładzie tej łodzi (kapitan pewnie też tego się domyślał) i następnym razem będziemy zmuszeni dopłacić resztę pieniążków dopiero po zakończonym rejsie lub z niego zrezygnować. Bo tylko w ten sposób można zmusić kapitana do uczciwego wypełnienia swojego zobowiązania, gdyż każdy kapitan powinien zrozumieć, że bez wędkarzy na swoim pokładzie, swoja łódkę może oddać na......złomowisko.
     1 stopa = 12 inch = 30.48 cm
     1 inch = 2.54 cm
     1 funt = 0.454 kg

 Październik 2010
 Tekst: Józef Kołodziej
 Korekta: mgr Krystyna Sawa

Artykuł ten był drukowany w Tygodniku „PLUS” – kwietnia -2014 do lipca-2014 roku.
 Przedruk za zgodą redakcji Tygodnika „Plus”.
 www.tygodnikplus.com
 
OSTATNIE ARTYKUŁY:

Barakudy z Bahamas
Wędkowanie na Wyspach...
W Pogoni za Makrelą
Długi Łososiowy Szlak
Halibuty z Alaski
Tęczaki z Lake Erie
Szczupaki z Lake Champlain
Dorsze z Massachusetts
Wędkowanie na Gulf Stream
Barakudy z Meksyku
Wędkowanie w Trókącie Ber..
Wędkowanie w Kostaryce
Fluke z New Jersey - USA
Wędkowanie na Kubie
Wędkowanie Tautog - USA
Zimne wędkowania - USA
Królewska Ryba - Łosoś
Wybrzeże Tuńczyków...
Wędkowanie w Polsce-2013
Wędkowanie - Floryda-2013
Black Sea Bass - 2010